1

Słońce leniwie pokazuje się nad horyzontem, gra świateł, wymieszanie odcienie czerwieni i złota. Stał tak w samotności i ciszy. Upojony pięknem wszechobecności. Stał i czekał. Czekał na nienadeszłe, czy może raczej przeszłe. Stał niewiadomo dla czego, a właściwie dla kogo. Po prostu czekał. Czekał tak obserwując przepiękna grę światła, światła, które budziło świat do życia. Gdzieś w odległych lądach rozgrywały się walki na śmierć i życie, tu gdzie stał trwał spokój , spokój niezmącony czymkolwiek prócz tej światłości bijącej ze wschodu. Złoty krążek powoli , acz stanowczo wzbijał sią ku zenitowi, jego odwieczny ruch , ruch niezakłócony żadnym tutejszym zdarzeniem, napawał optymizmem i wiarą w nadchodzący dzień. Dzień jednakże inny od poprzednich. Pragnął czegoś innego, odmiennego, nietuzinkowości, oryginalności, po prostu odbiegu od rutyny. Właściwie to zawsze tego pragnął, lecz bardzo rzadko to otrzymywał. Pytanie tylko dlaczego? Na to pytanie nigdy nie mógł znaleźć odpowiedzi. Szuka jej stale. Pod koniec każdego dnia zastanawia się co przyniesie następny. Zmęczony codziennością usypia zazwyczaj wtedy, kiedy pojawia sią pierwsza gwiazda. Jednak dopiero sią obudził. Otworzył oczy i zamknął je. Znów otworzył. Rozejrzał sią dookoła. "Gdzie jestem?" pytał samego siebie, "Co ja tu robię?". Dopiero po chwili rozgrzewające sią komórki nerwowe zaczęły przesyłać informacje. Był u siebie. Jak zwykle. Jeszcze kilka chwil spędził rozbudzając się.

Jego łoże nie przypominało kształtem innych. Oczywiście, posłanie było poziome, lecz człowiek leżał na nim ukośnie. Pomieszczenie niczym się nie różniło od więziennej celi, choć na pewno nią nie było. Okno z widokiem na ulice metropolii, lampka na biurku i mały stoli herbaciany w rogu pokoju. W niemal pustym kubku na powierzchni unosi sią gruba warstwa pleśni..., tuż obok koperta, a na niej imię...

- Co to? - pytam sam siebie.

Obejrzał dokładnie kopertę. Była zalakowana. Wahał się, czy ją otworzyć, czy nie. W końcu nie była ona do niego. A może i była do niego? Któż wie... Od wieków nie zwracano się do niego przez drugie imie. Mało kto zreszta wiedzial, o jego drugim imieniu. Ale przeciez koperta leżałaa tuż obok niego, a jeszcze wczoraj jej nie bylo... Zastanawiając sią nad otwarciem koperty powoli przypomionał sobie wczorajsze wydarzenia. Przypomniał sobie świt na brzegiem morz, piaszczystą, skąpaną w świetle poranka, plażę, poranną świeżą bryzą... Zamyślił się, może to nie zdarzyło się naprawdę?

- Jednak nie ! - wykrzyknął uradowany - To wszystko prawda.

Pamiątam jak stałem na plaży w brzasku poranka, pamiętam wiatr od morza, szum fal i pamiętam Ją, jak szła w tym blasku boso po piasku. Miala na sobie zwiewna, kolorową, w przepieke kwiatuszki sukienkę, którą porywał wiatr wprost do morza. Jej uroda onieśmielała, rownie pieknie jak jej imie - Amalia. Kobieta wrazliwa, subtelna, obyta w kulturze. Potrafi przeniknac kazdego czlowieka. Patrzylem sie na nia chyba przez 3 kwadranse i przestac nie moglem. Nie wiedzialem za bardzo, co powinienem zrobic.
Ze stanu odrątwienia wyrwała go koperta, a właściwie szorstki papier , z której była wykonana. Oprzytomniał, ponownie spojrzał na nią dostrzegając swoje drugie imią. Przez moment zastanawiał sią nad złamaniem piecząci. Powolutku przybliżył dłonie do niej lekko nacisnął, aż ta pękła na dwoje. Jednak to nie koniec otwierania. Teraz powoli wcisnął jeden palec w szczeliną i powolutku milimet po milimetrze wchodził co raz glębiej. Rozrywając szarą powłoke. Znajdowal sie tam tylko jeden kawalek pergaminu zlozonego na pol. Znow wahal sie czy powinien go przeczytac.

- Przeciez i tak juz otworzylem. Teraz to nie ma znaczenia. - pomyslal sobie.

Ostroznie rozlozyl pergamin, jak gdyby dalej sie czegos bal. List zaczynal sie od slow: "Kochany Fabianie!"

- Fabianie? - zastanowił sią przez chwilę...

"Proszą spotkajmy sią na stacji kolejowej Buchanan we środe o 23:30. Pozdrawiam Mary M."

- Nie za bardzo rozumiem..., co za Mary? No i skąd wziął sią ten cholerny list w moim domu? Środa to dzisiaj, jest jeszcze kilkanaście godzin do spotkania, ale z kim?

Za oknem typowo londyńska pogoda, mgła i chłód który przeszywa niczym ostrze.

4

Iść, czy nie iść? Czy to na pewno było do mnie? Chyba nie ma innego sposobu jak przekonanie się. Po prostu pójdę i zobaczę. Tylko jak się ubrać? I skąd wziąć te ubrania? Która jest godzina? Dlaczego ja nic nie wiem?
Oho, żołądek się odzywa. Kiedy ja ostatnio jadłem?
Ugryzłem jabłko, które leżało na moim starym stoliku herbacianym. Otworzyłem okno, aby sprawdzić temperaturę. Nie było wcale tak zimno, jak mi się wydawało. Usłyszałem dzwony... pewnie już 12, albo raczej dopiero 12, mam jeszcze całe 10 godzin do spotkania. Muszę zdobyć jakieś jedzenie. No tak, nie mam pieniędzy. Przecież nie będę kradł...

5

A może jednak ? Juz sam nie wiem. Nie wiem kim jestem , gdzie jestem i dokad zmierzam. Może jednak powinienem pójść na to spotkanie ? Chyba powinieniem zacząć od przywrócenia siebie do porzšdku. O! Tu jest miska i dzbanek z wodą. O nie ! Zimana!. No nic, jakos trzeba będzie sobie poradzić.

 

6

  Stał w w cieple wschodzącego słońca i przyglądał się jak szła. Właściwie to się nie przyglądał, gapił się. Tak, bezczelnie wpatrywal się czekając, aż znajdzie sie kilka kroków od niego. I nastał ten własnie moment, a ich wzrok skrzyżował się. Spojrzał w jej błękitne oczy i ujrzał tam , to co chciał ujrzeć.

7

SPrzepstną glębie oceanu oraz bezwarunkowe oddanie. Szum morza koił rozszalałe zmysły....

Poczuł chłód zimnej, betonowej podłogi. Znów wracał do rzeczywistośći i tego ciasnego, przypominającego cele pomieszczenia. Wyuczone, mechaniczne ruchy dorpowadzału go powoli do porządku. Ogolony, uczesany, wymyty. Stał boso nie za bardzo wiedząc co dalej począć.

-Ach - pomyślał - trzeba by się jakoś ubrać, tylko gdzie jest moje ubranie?

Jego wzrok przykułu małe drewniane drzwiczki z uchwytem przypominającym kołatkę, która lśniła w półmroku pomieszczenia.

- Może tam ?

Zbliżył si powoli, niepwnie. Najdelikatniej jak potrafił  otworzył drzwiczki. Jakież było jego zdziwienie, gdy zamiast spodziwanych ubrań zobaczył nic. No, może nie do końca nic, ciemność i otchłań jakiegoś szybu, w którym jęczał tylko wiatr.

 

11

Zaskoczony bezwolnie cofnšl się.

- coż jest u diaska ! Gdzie jest jakieœ ubranie!

Rzoejrzal się ponownie i nikłym blasku okienka dostrzegł taborek, na którym leżaly poskladane w kosteczkę biale rzeczy. Podszedł, wyciagnšł rękę i doknšł ubrań.

Poczuł ich szorstkš materię.

- zadrapie mnie to na amen - pomyœlał.

Nie majšc wielkiego wyboru, z ocišganiem i wyrazem ogromnego niezadowolenia na twarzy, ubrał się.

12     Wyszedł z mieszkania niezatrzaskując drzwi. Poco? Skoro i tak jest puste - powiedział do siebie.
- W naszych czasach nic nie jest warto, aby posiadać. Krach gospodarczy w Chinach w połowie wieku pociągnął za sobą na dno wszystko co było z nim powiązane. Na początku nie wiedzieli, że kryzys omota swoimi mackami cały świat. Kto by się spodziewał, że Japonia, czy USA pogrążą się chaosie i wojnach domowych. Bo to właśnie najbogatsi odczuli odcięcie od dóbr najbardziej, a biedni i tak nic nie mieli.
    Fabian szedł brudnymi uliczkami miasta, a raczej tego co po nim pozostało. Dzisiaj już nikt nie przejmował się strzałami na ulicach, czy rabunkami. Te ostatnie miały nawet przyzwolenie społeczne, niemal jak piractwo na początku wieku...
- W między czasie jak upadały Japonia i USA, Rosja resztką swojej armii tak bardzo zależnej od ropy, zaczęła przejmować kolejne prowincje Chin, oni od wieków kopali słabszych ot taki już "rosyjski zwyczaj". Cała Azja, włącznie z Izraelem i ZEA stały się zacofane, biedne i umierające z głodu.
    Zbliżała się wyznaczona godzina spotkania. Przyspieszył kroku, przecież nie wypadało spóźnić się już na pierwsze spotkanie z nieznajomą...
- Ostatnim bastionem tego co kiedyś nazywało się cywilizacją była Europa, zjednoczona bo w jedności siła. Teraz już nie ma wschodnia, czy zachodnia, smutek i choroby doskwierają wszystkim tak samo. Ogromny mur wybudowany na granicy Europy, jak kiedyś ten w Berlinie (gdziekolwiek on wtenczas był położony) oddzielał "cywilizacje" od "taniej siły roboczej" z Azji, a poco oni nam? Samych siebie mamy za dużo, żółtków podczas wieku rozkwitu na lęgło się coś pod 3 miliardy, teraz umierali szybciej niżeli jakakolwiek wojna byłaby ich w stanie zabić.
    Dotarł do dworca, stacji, cokolwiek... Zapaliłby, gdyby miał co. Przystanął, nikogo nie zauważył, powoli schodził niegdyś ruchomymi schodami, szedł prosto przed siebie. W tym samym momencie co ją zobaczył, poczuł rozpalające ciepło w klatce piersiowej, niemal przyjemne... Osunął się na kolana, widział jak tajemnicza osoba przygląda mu się przez chwilę następnie odwraca się i odchodzi.
- I chyba się nie dowiem kim jest Mary M. - powiedział i zamknął oczy, a to przyjemne ciepło otulało go niczym płaszcz...

13 Gwałtownie otworzył oczy. Zatroskane twarze pochylały się nad nim. Powoli podłączał końcówki sond od ogolonej czaszki. Z trudem usiadł na kozetce. Potrząsnął głową, próbując pozbyć się wszechobecnej waty z mózgu. Patrzył bezmyślnie na techników wyłączających zbędne już urządzenia i oświetlenie. W końcu trzeba oszczędzać energię.

- Co tym razem? - wysoki, siwowłosy mężczyzna z wyraźną troską spoglądał na siedzącego. Ten zacisnął oczy, próbując opanować dezorientację. Otworzył, przyjrzał się jeszcze raz, przeniósł wzrok na konsolę.
- Moment, zaraz się pozbieram.
- Spokojnie Albon. Nigdzie nam się nie spieszy.
- Oczywiście, szefie... Wyraźna ironia w jego głosie świadczyła o powrocie do formy - mamy jeszcze ocean czasu!
- Nie, nie mamy. Człowiek nazwany szefem uśmiechnął się smętnie. - Ale ciebie też nie mamy więcej. Jak już będziesz w formie, przyjdź do mojego gabinetu.
Albon wstał ostrożnie i podszedł do okna. Tu przynajmniej nie było krat. W końcu to szacowny uniwersytet położony w centrum Temidy. Porównywał obrazy zapamiętane podczas transu z rzeczywistością za szybą. Choć tu była ostoja cywilizacji, to krajobraz był bardziej ponury. Na pobliskich ruinach rosły już młode drzewka, trawa zajmowała chodniki i pęknięcia w asfalcie. Mroku nie rozświetlały żadne lampy. W końcu nikt nie chce dobrowolnie sprowadzić na siebie nieszczęścia. Świeciło się tylko u nich. Chronił ich autorytet instytutu. Spojrzał w lewo. W ciemnościach rysowała się podstawa autorytetu - pancerna kopuła najeżona karabinami maszynowymi, miotaczami ognia i granatnikami. Westchnął, odwrócił się od okna i poszedł w stronę gabinetu Eryka.

14

- Jestem szefie. Ten spojrzał na niego zamyślony. Albon był z nimi od dwóch lat. Znaleźli nieprzytomnego pod bramą Instytutu. Rabuś był litościwy i dał szansę przeżycia. Już podczas pierwszych oględzin Albon wydawał się nietypowy. Tomografia czaszki pokazała, oprócz obrzęków i pęknięć także urządzenie wszczepione w mózg.   Sprawa wyjaśniła się tydzień później, gdy odzyskał przytomność. Był pilotem eskadry myśliwców. Niestety – jego samoloty już nigdy nie wzniosą się w powietrze, tak jak już nikt nikomu nie wszczepi takiego implanta. Całą tę najwyższą technologię szlag trafił, gdy rozpadła się Sieć. Albon nigdy nie osiągnął już pełnej formy, ale i tak dla Instytutu był darem z niebios.

Eryk drgnął i wrócił do rzeczywistości.

- Jak się czujesz?

- świetnie – głupie pytanie, głupia odpowiedź... – Jak długo byłem w transie?

- 13 godzin

- a aktywny?

- 3 minuty i 7 sekund...

- o cholera, to dlatego jestem tak zdezorientowany. Dlaczego mnie wycofaliście?

- umierałeś. Bogusław darł się nawet, że cię straciliśmy. Najprawdopodobniej w ostatniej chwili zerwał połączenie.

Albon poczuł się niewyraźnie. Wiedział, czym grozi wirtualna śmierć. Koledzy, którzy mieli pecha stracić maszyny na skutek ataku cybernetycznego nigdy nie byli już tacy sami. Ich psychiki porażone faktem śmierci odmawiały akceptacji życia. Szczęśliwi ci, którzy potrafili popełnić samobójstwo. Reszta wegetowała przywiązana do łóżek,  śliniąc się i robiąc pod siebie. I przeraźliwie wrzeszcząc, gdy przestawały działać narkotyki.

Eryk wcisnął przycisk interkomu:

- chodź Boguś, Albon już jest.

Drzwi otworzyły się gwałtownie. Po Bogusławie było jeszcze widać, że jest wściekły, ale ulga na widok przyjaciela działała jak balsam.

- Opisz Albonowi, co się stało.

- podłączyliśmy cię i oczywiście zleciały się zaraz wszystkie boty z naszego strzępu Sieci. Prawie 13 godzin czyściliśmy ci przedpole. Najpierw...

Spokojny, informatyczny slang Bogusława działał wręcz hipnotyzująco. Boty... Na to słowo Albona zawsze przechodziły ciarki. Boty... Samodzielne, samoreplikujące się, samodoskonalące programy, przyczyna śmierci cywilizacji i jego aktualnego stanu. Nie wiadomo było, a może tylko on nie pamiętał, co się stało – czy awaria, czy atak cyberterrorystów, czy początek wojny. W każdym razie wojna trwała krótko i wcale nie była straszna. Okazało się, że wystarczy, aby padł jeden z komputerów wojskowych zarządzających siecią maszyn – zombi. Jego boty, rozproszone po świecie, uznały to za atak i przystąpiły do obrony. Kilka sekund później było po wszystkim. Gdy padły routery, Sieć rozlazła się na kawałki. Najboleśniej odczuła to energetyka. Stan awaryjny spowodował przejście elektrowni na bieg jałowy, w związku z czym brakło prądu do zasilenia umierającej sieci. Udało się utrzymać tylko małe, lokalne elektrownie obsługiwane przez ludzi. Zautomatyzowane siłownie atomowe nie dały się uruchomić. Były chronione przez boty...

- Słuchasz mnie? W głosie Bogusława zadźwięczała groźna nutka irytacji

- oczywiście!

- W każdym razie, myśleliśmy, że nic tam już nie ma. Komputery wygenerowały środowisko i zaczęliśmy cię aktywować.

- a kto siedział przy konsoli?

- Boguś

- no tak. Powinienem poznać po tym Fabianie... mruknął Albon

- gdyby był tam ktoś inny, było by po tobie – warknął Eryk.

- nie wiemy, dlaczego poszedłeś na dworzec.

- tak brzmiało polecenie w liście.

Eryk i Bogusław popatrzyli po sobie.

- to nie była informacja od nas.

- czyli pułapka...

Eryk wrócił do interkomu:

- Gadi, możesz do nas podejść na chwilkę?

Gadi była najlepszą analityczką w zespole, zawsze promienna i uśmiechnięta. Weszła do gabinetu, wysoka, z długimi, zielonymi włosami...

- Cholera, Gadi – coś ty zrobiła z tymi kłakami???

- Albon, powtarzasz się. To samo mówiłeś przy niebieskich....

Bogusław, żeby nie parsknąć śmiechem odwrócił się do okna i obserwował wynędzniałego  kruka łażącego po parapecie.

15 W końcu nie wytrzymał. Przybrał groźny wyraz twarzy i rzekł:
 - dobrze że sukienkę masz pod kolor. Pomarańczowy w niebieskie ciapki idealnie się gryzie z zielonym... Eryk popatrzył pobłażliwie po zebranych.
- ech, te wasze wąskie specjalizacje... Gdybyście się zajęli trochę administracją, zauważylibyście, że dziewczyny prowadzą tajne badania chemiczne. Gadi – przyznaj się!
 - Zrobiłyśmy farbę do włosów. Z konieczności fotokatalityczną. Ale tu jest tak ciemno, że nie chce przereagować. Może za pół godziny będzie lepiej.
 - Stań pod lampą –  Albon powoli otrząsał się z kolejnego wstrząsu – będzie szybciej. A te niebieskie poprzednio?
 - Nieudany eksperyment. Przynajmniej jak skończymy, będziemy mogły napisać na opakowaniu „Nie testowane na zwierzętach”
Eryk wstał. Promieniujący z niego autorytet momentalnie uciszył zebranych i przyspieszył ciemnienie włosów.
- A ja myślałem, że szukasz odpowiedzi na nasze pytania...
- A masz jakieś wątpliwości?
- No, w sumie nie.... Eryk przezornie wycofał się. Rolą Gadi było znajdowanie odpowiedzi na pytania, zanim jeszcze zostaną zadane. I wychodziło jej to lepiej, niż wynikało z modelu matematycznego. Kobieca intuicja?
- Sytuację znasz? Gadi kiwnęła głową. Włosy na czubku były już wyraźnie ciemniejsze.
- Referuj.
- Chwilowy zapas energii wystarczy nam jeszcze na 16 godzin normalnej pracy, potem musimy się wyłączyć i ponownie napełnić zbiorniki. Zasoby paliw płynnych na 76 dni, o ile mazut nie pójdzie do miotaczy płomieni. Potem wycinamy drzewa...
- tę wizję znamy – Eryk przerwał bezlitośnie. Odkąd włóczące się wszędzie bandy zniszczyły lokalną elektrownię wodną, sytuacja gwałtownie się pogorszyła. Instytut miał jeszcze baterie słoneczne na dachu i generatory spalinowe. Ale to wszystko razem było za słabe. Ratunkiem okazał się gigantyczny zbiornik przeciwpożarowy na strychu. Gdy mieli prąd z baterii słonecznych, pompowali do niego wodę, a gdy potrzebowali dużej mocy, spuszczali ją przez turbinę do sadzawki.
- powiedz nam lepiej, dlaczego się znowu nie udało i co proponujesz dalej.
- dlaczego się nie udało to wiecie. Jest tam pasywna pułapka, która ma przekierować intruza na barierę. Zanim Albon odzyskał w pełni kontrolę nad świadomością, było już po wszystkim. I sądzę, że trzeba rozpocząć już następny trans.
Popatrzyli na nią osłupiali.
- Teraz? Albon jeszcze nie wrócił do formy, mamy mało energii i nie wiemy tak do końca, co się tam dzieje. – Eryk zmarszczył brwi – a co ci radzą twoje komputery?
- Komputery radzą zacząć jutro wieczorem.
- A dlaczego... zaczął Albon, ale Gadi przerwała.
- Dla twojego bezpieczeństwa. Skoro moje kompy twierdzą, że teraz nie, to znaczy, że inne wykalkulują podobnie. Poza tym ten fragment Sieci był ostatnio intensywnie skanowany, więc boty będą odwalać pańszczyznę gdzie indziej. A na dokładkę jutro Boguś ma prowadzić ćwiczenia jednostki ZWM i wieczorem będzie wypruty. Może nie zdążyć wyciągnąć cię w ostatniej chwili.
Boguś wrócił do obserwacji kruka.
- Co racja, to racja. W końcu Gadi sprawdza nam się na etacie wróżki.
- Ok. – widać było, że Eryk podjął decyzję. - Bogusław, idź do Harrego i zaprogramujcie środowisko. Gadi? Jakieś sugestie?
- wymyślcie coś, żeby przez pierwsze pięć minut nie mógł nic zrobić. Powinno wystarczyć.
Po kolei opuścili gabinet szefa. Włosy Gadi były już całkiem ciemne, a od strony Eryka wręcz kruczoczarne.

18 W pokoju informatyków było prawie całkiem ciemno. Gdy Boguś tam wszedł, Harry, pogwizdując, podbijał właśnie kolejne wirtualne państwo. Znali się od dawna. Zanim zajęli się pracą dla Instytutu, utrzymywał ich  największy bank w kraju. Jednemu wypłacał pensję za ochronę przed cyberterrorystami i cyberprzestępcami, drugi natomiast pieniądze wypłacał sobie sam. Chociaż wcale nie miał konta. I mimo, że stali po przeciwnych stronach firewalla, potrafili docenić kunszt i wirtuozerię przeciwnika. Z tego wywiązała się przyjaźń, najpierw wirtualna, a po rozpadzie Sieci, gdy szlag trafił ich źródło utrzymania – w realu. Po ciężkim okresie poniewierki w świecie, który nagle przestał potrzebować informatyków, trafili do Instytutu. A potem trafił tu Albon. Albon z implantem umożliwiającym bezpośrednie połączenie mózgu z komputerem. Moc obliczeniowa ludzkiego mózgu, a szczególnie mózgu Albona wielokrotnie przekracza możliwości przeciętnych komputerów, zwłaszcza tych, które jeszcze funkcjonowały w ich strzępie Sieci. Dzięki takiemu połączeniu wszystkie prowadzone aktualnie programy badawcze mogły ruszyć z kopyta. Było tylko jedno małe ale. Ale mózg funkcjonuje inaczej. Gdy Albon pilotował swoją eskadrę myśliwców, widział oczami kamer, ruch sterami zmieniał linię horyzontu, wyobrażenie wroga powodowało wyszukanie i namierzenie obiektu. Po sprzęgnięciu ze zwykłym komputerem była pustka. Pustka odbijająca wizje i obrazy odbierane z mózgu, przetwarzająca je na swój pokraczny, cyfrowy sposób. I sprzężenie zwrotne, które w kilka sekund doprowadzało układ do oscylacji przekraczających granice wytrzymałości. A Albonowi nikt nie wszczepił układów zabezpieczających. Z dnia na dzień obaj informatycy ze zwykłych serwisantów awansowali na najbardziej pożądanych specjalistów. Zbudowali środowisko – wirtualną krainę, w której mógł funkcjonować Albon. Środowisko było zbiorem programów tworzących szkielet dla wizji odbieranych z mózgu, filtrem i interfejsem pomiędzy cyfrowym światem Sieci a białkową galaretką. I dużo więcej.

Bogusław stanął cicho za Harrym, chwilkę poobserwował. Po czym ostrożnie się pochylił i szepnął:
- mamy robotę...
Oczy Harrego zrobiły się wielkie jak denka od butelek. Przez chwilę próbował złapać oddech,  potem zacharczał i wydusił:
- ty mnie kiedyś zabijesz...
- za dobrze ci szły te podboje, chciałem ci podnieść adrenalinę.
- nie wydurniaj się, tylko mów, co mamy robić i zaczynamy.
Bogusław podszedł do swojej konsoli i rozejrzał się zdezorientowany.
- gdzie mój fotel?
Harry z kamienną twarzą patrzył w ekran.
- Gdzie mój fotel!!!
- a co, własnego stołka nie potrafisz upilnować? Wstyd... Na pewno gdzieś tu jest, musisz się tylko rozejrzeć.
Boguś włączył światło. Faktycznie. Fotel był. Tu. Tu wszędzie. Niewinna mina Harrego wskazywała, że to on odpowiada za rozmontowanie siedzenia.
Nieszczęśnik klapnął na podłogę.
- i dziwisz się, że chcę cię zabić...
- nie marudź, obniż konsolę i do roboty. Co mamy zrobić?
- Zmodyfikować środowisko według wskazówek Gadi, potem wyczyścić przedpole. Zaraz wysyłamy Albona.
- co? Dopiero wrócił!
- Gadi uzasadniła. Chyba ma rację.
- No dobrze. Chodźmy do niej, niech powie co chce tym razem.
W gabinecie analityczki było ciemno. Harry trzasnął wyłącznik i obaj zamarli. Gadi spojrzała na nich wściekła.
- No i co?
Pierwszy mowę odzyskał Bogusław.
- Co ty masz za moher na głowie?

19 Gadi uśmiechnęła się promiennie:
- Wiedziałam, że będziecie zachwyceni! - powiedziała z triumfem.
W oczach mężczyzn malował się niekłamany podziw.

20 - I to już tak na święta zostanie?
- Oczywiście – ton Gadi odbierał chęć do dalszych dyskusji. – Siadajcie.
Boguś rzucił się na fotel z nieukrywaną wdzięcznością. W końcu nie wiedział, kiedy znowu trafi się taka okazja. Harry zrezygnowany wyciągnął się na podłodze. Całe szczęście, że Gadi – jak to kobieta – dbała o swój gabinet. Czysto, dywanik... Zanosiło się na ciężką naradę.

Eryk chodził zamyślony po pokoju. Za parę dni święta. Musi coś przygotować. W końcu jest szefem Instytutu, ma wspaniałych ludzi a nawet w tych ciężkich czasach trzeba podtrzymywać tradycję. Choć nie padła żadna, nawet najsubtelniejsza aluzja, był pewien, że każdy z jego ludzi czeka na coś niezwykłego. Szynka z konserwy i plastikowe pisanki... Nie, nie może ta być. Ci ludzie zasługują na więcej. Musi coś zrobić. Coś, co tchnie nowe siły, nowe życie w ekipę, coś, co da nadzieję, że nie jest to tylko walka o przetrwanie. Spojrzał za okno; kruk nadal tam siedział. Eryk nie wiedział, czy to zmęczenie, czy wada szkła, bo przecież było anatomiczną niemożliwością, żeby ptaszysko się do niego złośliwie uśmiechało... 

21 Wrócił do rzeczywistości. Tu jest praca, a nie klubokawiarnia! Na święta to można sobie poskładać życzenia, a prezent ma już gotowy. Usiadł przy biurku. Na monitorze wyświetlone było jedno z ostatnich zamówień Instytutu Historii. Serwer. Zamówienie zostało zrealizowane w ostatnich dniach przed rozpadem Sieci. Numery jednoznacznie określały, gdzie w magazynach szukać małego, cennego pudełka. Tyle lat czekało tam aż ktoś je odkryje.
Spojrzał jeszcze raz na specyfikację. Procesor może nie jakiś szczególny, ale pamięć... 512GB pamięci asocjacyjnej. Można na tym postawić potężną i dostatecznie szybką bazę danych, aby komputery Instytutu mogły rozwinąć skrzydła. O zgodę historyków nie musiał się martwić. Ostatni trzej od paru lat pracowali u niego. Jeszcze tylko żeby Albonowi się udało... Taki serwer musi pracować bez przerw, a to wymaga dostępu do energii.
Wstał od biurka. Hałas awantury przenikał nawet przez wytłumienia. Na korytarzu bezbłędnie skierował się w stronę gabinetu Gadi. Otworzył drzwi i natychmiast zamknął z powrotem. Natężenie dźwięku przekraczało wszystkie normy BHP. Jednak był tu szefem i nie mógł się poddać. Musiał być przygotowany na wszelkie ewentualności. Z kieszonki wyjął watę, wcisnął do uszu i odważnie wkroczył do pokoju. Pierwszy rzut oka wyjaśnił sytuację. Informatycy dyskutowali nad jakimś problemem. Zeszli się chyba wszyscy. Gospodyni stała pod oknem, zdradzając pierwsze objawy szaleństwa. Wyciągnął ją na korytarz, zamknął drzwi, wyjął watę z jednego ucha.
- O co chodzi? – Gadi przez chwilkę patrzyła, starając się zrozumieć głęboki sens pytania. W końcu jej twarz odzyskała normalny wyraz.
- O co im chodzi? – powtórzył Eryk.
- Tak do końca to nie wiem, szefie.
- Mów po kolei. – Głos kogoś zrównoważonego działał wyraźnie kojąco.
- No wiec planowaliśmy środowisko dla Albona. Doszliśmy do tego, że musimy go unieruchomić dokąd się nie skończy synchronizowanie. Żeby znowu nie zrobił jakiejś głupoty zanim nie odzyska orientacji. Wymyśliliśmy że Albon będzie miał problemy ze wzrokiem. Nie jest to skomplikowane, wystarczy nałożyć odpowiednie filtry na środowisko.
- Doskonale, więc po co ta awantura?
- Pojawiła się rozbieżność, czy ma być krótkowidzem, wówczas nie zauważy listu – pułapki, czy też dalekowidzem. Wtedy zauważy, ale nie da rady przeczytać.
- No tak. Rozumiem. – Wyjął z kieszeni decyzer. Jak każdy prawdziwy szef, nigdy nie rozstawał się ze sprzętem wspomagającym rozstrzyganie trudnych problemów. Podrzucił. Reszka.
- Będzie krótkowidzem.
Włożył watę do ucha, Położył rękę na klamce, odwrócił się jeszcze do Gadi:
- A tak na marginesie, co ty masz na głowie? Zresztą, nie ważne...
Wszedł do pokoju, rozejrzał się po zebranych.
- Proszę o ciszę. – Choć w ogólnym wrzasku sam nie usłyszał własnego głosu, jednakże autorytet zawarty w tych słowach podziałał na pracowników piorunująco. Dyskusja ucichła natychmiast.
- Będzie krótkowidzem. Proszę się udać na swoje stanowiska i przystąpić do prac.
Część towarzystwa uśmiechała się z satysfakcją, reszta ciężko obrażona, opuściła pokój.
Eryk, z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku, wrócił do siebie. Spojrzał na parapet. Kruk tam był.
- Ja tej gadzinie łeb ukręcę... – mruknął i, na wszelki wypadek, wpisał do organizera.

22 Drzwi otworzyły się cicho, do pokoju wszedł Albon. Zachowywał się dziwnie. Poruszał ustami, wymachiwał rękami coraz bardziej nerwowo. Eryk przypatrywał się temu z rosnącym niepokojem. W pewnym momencie błysk zrozumienia rozjaśnił mu twarz. Wyjął z uszu watę.
- Byłbyś łaskaw powtórzyć?
- Jesteśmy gotowi. Czekamy na ciebie, ale nie odbierasz telefonu.
- Już idę. To przez tego cholernego ptaka.
Albon spojrzał z troską na szefa.

Na sali wszystko było przygotowane. Albon ułożył się wygodnie na swojej kozetce, paroma ruchami podłączył sondy. Harry i Bogusław tkwili za konsolami, Gadi kręciła się, nie bardzo wiedząc co tu robi. Reszta personelu dawno poszła spać i nie plątała się pod nogami.
- Jesteśmy gotowi – zameldował Bogusław na widok szefa – możemy zaczynać.
- W porządku. Albon?
- Gotów, szefie.
- Pamiętaj o okularach. A ty, Gadi, dlaczego jeszcze nie śpisz?
- Chcę zobaczyć, czy dobrze przewidziałam stan Sieci.
Albon przeciągnął się, wyjął zapałkę z zębów i zamknął oczy. Bogusław bębnił na klawiaturze kolejne polecenia, przy drugiej konsoli monitorował go Harry.
- Sprzęgamy Albona..... jest.
- Rozpoczynamy wprowadzanie w trans.... jest.
- Wchodzimy do Sieci
- Gadi, miałaś rację. Rejestrujemy średnio 25 pingów na sekundę. Puściusieńko...
- mamy bota. Drugi...
- szefie, tylko dwa boty, obrona pasywna, czy aktywna?
- Aktywna. Nie wiadomo, co będzie potem.
- OK. jeden bot jakiś prymitywny, próbuje ugryźć nas z jednego IP.  
- Przejmijcie w takim razie tamten komputer.
- OK., zapuszczam skrypty.
- A co z drugim botem?
- Chyba siedzi na routerze. Podsyła nam exploity spod różnych  IP, ale trasy wskazują to samo źródło. Boję się go ubijać, proponuję pułapkę.
- Wystarczy nam zasobów?
- Tak szefie, Boguś przejął już tamten komp, w razie czego możemy tam postawić kolejne pułapki.
- Dobrze. Ładuj drania do miodu.
- Jest. Nabrał się.
- Co mu zrobiliście? – Gadi wyraźnie nie wiedziała, o co chodzi w rozmowie.
Harry odwrócił się do niej
- Uruchomiliśmy pułapkę – beczkę miodu. Ze strony bota wygląda, że jest w naszej sieci, że przejął serwery, że atak się powiódł. A tak naprawdę, wylądował w sieci wirtualnej, w takim jakby środowisku. Problem w tym, że możemy postawić tylko kilka takich pułapek, bo zżerają za dużo zasobów systemu. O, popatrz, uspokoił się. Wydaje mu się, że zrealizował wszystkie procedury pozytywnie i teraz szuka kolejnej ofiary.
Harry wrócił do konsoli i kontynuował:
- Otworzę mu jeden port, niech się zamelduje. Wtedy dla innych jego kopii będziemy wyglądać jak „zdobyci” i dadzą nam spokój.
- Widzisz, ilość pingów spadła do 17 na sekundę.
- Odczekajcie jeszcze jakieś pięć minut. - Eryk nie lubił narażać swoich ludzi. -  Jak pingi nie wzrosną, będziemy aktywować Albona. Sprawdźcie tymczasem, co z elektrownią, a ty, Gadi jak nie idziesz spać, to zorganizuj kawę dla wszystkich.
Gdy Gadi wróciła z tacą, towarzystwo siedziało spokojne, lekko znudzone.
- I co?
- Nic – streścił się Boguś.
- Nic nowego – doprecyzował Harry. Pingi spadają, widocznie uznano, że nas jednak tu nie ma.
- A elektrownię nadal możemy poznać po tym, że dla nas wygląda jakby nic tam nie było. – dodał Eryk. – Jak nie ma przeciwwskazań, to pijemy kawę i aktywujemy Albiona. OK.?

23  

Słońce leniwie pokazuje się nad horyzontem, gra świateł, wymieszanie odcienie czerwieni i złota. Stał tak w samotności i ciszy. Upojony pięknem wszechobecności. Stał i czekał. Czekał na nienadeszłe, czy może raczej przeszłe. Stał niewiadomo dla czego, a właściwie dla kogo. Po prostu czekał. Czekał tak obserwując przepiękną grę światła, światła, które budziło świat do życia. Gdzieś w odległych lądach rozgrywały się walki na śmierć i życie, tu gdzie stał trwał spokój , spokój niezmącony czymkolwiek prócz tej światłości bijącej ze wschodu. Złoty krążek powoli , acz stanowczo wzbijał się ku zenitowi, jego odwieczny ruch , ruch niezakłócony żadnym tutejszym zdarzeniem, napawał optymizmem i wiarą w nadchodzący dzień. Dzień jednakże inny od poprzednich. Jednakże dopiero się obudził. Otworzył oczy i zamknął je. Znów otworzył. Rozejrzał się dookoła. "Gdzie jestem?" pytał samego siebie, "Co ja tu robię?". Dopiero po chwili rozgrzewające się komórki nerwowe zaczęły przesyłać informacje. Był u siebie. Jak zwykle. Jeszcze kilka chwil spędził rozbudzając się.

Jego łoże nie przypominało kształtem innych. Oczywiście, posłanie było poziome, lecz człowiek leżał na nim ukośnie. Pomieszczenie niczym się nie różniło od więziennej celi, choć na pewno nią nie było. Okno z widokiem na ulice metropolii, lampka na biurku i mały stolik herbaciany w rogu pokoju. Niewyraźne, nieostre obrazy leniwie próbowały przedrzeć się przez zasłonę półsnu...

 

- Jest aktywny – Na monitorach Harrego pojawiły się nowe informacje, środkowy zajmował mętny, szary obraz -  kopia tego, co było kierowane do mózgu Albona.
- Za kilka minut zakończy synchronizację – dodał.

 
Niepewnie usiadł na łóżku; poczuł chłód zimnej, betonowej podłogi. Znów wracał do rzeczywistości i tego ciasnego, przypominającego cele pomieszczenia. Coraz bardziej irytowały go niewyraźne kontury otaczających go przedmiotów.  Ciekawe, która godzina... Poczuł ciężar zegarka na lewej ręce, podniósł do oczu. Bliżej. Prawie dotknął nosem ręki. Aha, okulary... gdzie je położyłem? Na stoliku? Pomacał ostrożnie. Ręka trafiła na  kopertę, a właściwie szorstki papier , z której była wykonana. Oprzytomniał, ponownie spojrzał na nią próbując przeczytać adresata. Obmacał ją starannie. Była zalakowana. Przez moment zastanawiał się nad złamaniem pieczęci. Nie mógł się zorientować, do kogo była adresowana.

 
- O rany -  jęknęła Gadi patrząc na ekran – zostaw tę kopertę...
- Nie fatyguj się, jest jeszcze całkiem zdezorientowany

 
Wzruszył ramionami, wrócił do poszukiwania okularów. Gdzieś tu muszą być, wtedy zobaczy, co to za koperta. Podszedł do biurka, delikatnie przesuwał rękami po blacie. Są. Ulga. Założył; niewiele lepiej – dlaczego takie brudne?... Zdjął, podsunął pod nos...
- Co za idiota wypaćkał  mi okulary pisakiem? – warknął

 
- Coraz lepiej, pojawiły się emocje – Harry uśmiechnął się. – Ja wam mówię, tym razem się uda.

 
Palcem nie dało się zetrzeć. Przyjrzał się jeszcze raz. Napis. „Połóż się na łóżku i czekaj na telefon”. Mam telefon? A tak, faktycznie, na środku biurka. Położył się z powrotem. W końcu to tak samo dobry pomysł, jak inne. Spoglądał przez zapaćkane okulary na szary sufit i usiłował sobie przypomnieć, gdzie jest. Pokój wydawał mu się znajomy, kremowe ściany, biały sufit, drewniane biurko, telefon, komputer. Komputer? Podniósł głowę. Faktycznie, zajmował pół biurka... Na parapecie truchło kwiatka, pamiątka z dawnych dni, sprzed rozpadu Sieci. Usiadł gwałtownie. No tak jest w Sieci, aktywny, zsynchronizowany. Trzeba się brać do roboty. Zdjął zbędne już okulary, rozejrzał się po otoczeniu. Skrzywił się zdegustowany. Jego podświadomość znowu podłożyła obrazy z najgorszego okresu. Trudno.

 
W sali westchnienie ulgi skwitowało zakończenie pierwszej części zadania. Albon był już stabilny, w pełni kontrolował sytuację. Informatycy rozwalili się przed konsolami, aczkolwiek tylko jeden na fotelu, Eryk usiadł przy kozetce, gotowy włączyć się natychmiast w razie potrzeby. Gadi pożegnała wszystkich i skierowała się do drzwi. Nie wyszła. Były zajęte.
Eryk przeniósł wzrok w tamtą stronę.
- Konrad, a ty co tu robisz o pierwszej w nocy?
Ten rozejrzał się po zebranych. Dotarł do Gadi, przyjrzał się włosom, wytrzeszczył oczy, zarzęził.  Oprzytomniał całkowicie.
- Miałem sen...
- Koszmar?
- Nie, wręcz przeciwnie. Przypomniał mi stare, dobre czasy. Marchewka mi się przyśniła...
- No to nie narzekaj.
Myśli zebranych zwróciły się do dawnych dobrych chwil, wielkich nadziei i szans. Do Marchewki – utraconego symbolu jedności i zabawy przekraczającej granice wyobraźni.
- Boję się. Ten sen, choć piękny, niósł w sobie grozę. Coś się stanie złego.
Nastrój udzielił się, wszyscy spojrzeli na monitory. Spokój. Pierwszy otrząsnął się Eryk.
- Chłopie, idź spać, nie denerwuj pracujących. Gadi – ty też. Rano będziecie potrzebni w dobrej formie.
Konrad przez moment zawahał się.
- Nie. Mogę być potrzebny. Skoczę tylko po dres.
Wyszli z sali, ciszę zakłócały tylko wentylatory konsol. Boguś nasłuchiwał przez moment. Wydawało mu się, że słyszy samochód. Ale kto by teraz jeździł po nocy, i skąd by miał paliwo? Wrócił do obserwacji konsoli.

24

- Jestem gotowy, świadomy i możecie sobie odpuścić ten kicz z telefonem. To nie Matrix
Na biurku, obok kompa, zamiast telefonu leżał notes.
- Cieszę się, że mnie słyszycie, ale nie grzebcie mi w środowisku, bo się zdesynchronizuję.

Harry uśmiechnął się. On odpowiadał za środowisko Albona. I był w tym dobry. Wiedział, na ile może sobie pozwolić na ingerencję. A ta była konieczna, bo choć oni widzieli i słyszeli wszystko, co trafiało do Albona, w drugą stronę było gorzej. Przekazywane dane musiały być wkomponowane w całość i oczekiwane. W końcu całe wirtualne otoczenie Albona było odzwierciedleniem obrazów z jego  psychiki. I ta psychika nie chciała tolerować niespójności i nielogiczności. Gdyby odrzuciła jakiś element, ten delikatny układ zostałby zdestabilizowany. A ponowna synchronizacja wymagała kilku minut, w trakcie których Albon byłby znowu zdezorientowany i bezbronny.
- Boguś, prześlij mi aktualne namiary na interfejs elektrowni.
Ten przez chwilkę bębnił po klawiaturze, odczekał moment na wyniki.
- Masz. Adres i porty stabilne na dłużej, hasła zmieniają się co pół sekundy, ale sekwencja powinna się utrzymać jeszcze ze dwie godziny.
- Dzięki. Podpinam pod konstrukt.
Od dawna walczyli o dostęp do elektrowni. Ale była to duża siłownia, atomowa. I niestety, z przyczyn bezpieczeństwa – bezobsługowa. Autonomiczna. Ulokowana parę kilometrów od miasta, ukryta głęboko pod ziemią. Gdy lata temu padała Sieć, elektrownia przeszła na bieg jałowy. Jej inteligentne systemy nie zgadzały podać energii skoro odbiory nie zgłaszają gotowości. A odbiory nic nie mogły zgłosić, bez prądu były martwe.
Próbowali różnych sposobów, lecz ochrona była zbyt skuteczna. Tak fizyczna jak i cybernetyczna. Nie udało im się włamać do systemu, w trakcie próby wejścia na teren elektrowni stracili człowieka. Jedyne, co osiągnęli, to nawiązanie kontaktu z interfejsem wejściowym. Ten zaakceptował ich połączenie, ale nie byli w stanie przekonać go do współpracy. I temat byłby leżał odłogiem, gdyby nie zniszczenie ich małej lecz niezbędnej elektrowni wodnej. Uruchomienie siłowni atomowej stało się więc kwestią hamletowską dla instytutu i miasta. A czasu było coraz mniej. Degeneracja społeczności Temidy postępowała w oczach. Ci, którzy jeszcze rok temu współpracowali z Instytutem, dziś, z bronią w ręku, próbowali zapewnić sobie warunki do życia. Ale nie wszyscy. Tylko żywi.
I dlatego właśnie Albon musiał tkwić w Sieci. Był to ostatni sposób na zachęcenie systemów elektrowni do współpracy. Dlatego właśnie za chwilę do środowiska miał być wprowadzany konstrukt, który stanie się interfejsem pomiędzy elektrownią a Albonem.
- Ciekawe jak będzie wyglądać. – Bogusława zawsze intrygowały kwestie psychologiczne. Albon sam musiał nadać międzymordziu jakiś wygląd. Może książka, może gadający pies – przewodnik. Albo telefon, ale to byłoby kiczowate.
 
Wziął notes. Musiał się domyślać, co jest kontaktem z Instytutem, co wytworem jego wyobraźni a co może się okazać pułapką. Otworzył. Pismo takie samo jak na okularach. Aha.
Wiarygodne. Komunikat był prosty. „Albon, za drzwiami czeka na Ciebie konstrukt z interfejsem elektrowni. Powodzenia.”
- Dzięki. – Rozejrzał się za ubraniem. Czekało na łóżku. Wolał nie myśleć, że przed momentem łóżko było puste. Rozważał, co zobaczy za drzwiami. Obraz narzuci podświadomość, ale wolałby coś miłego.  Wsunął notes do kieszeni i otworzył drzwi.

Drzwi otworzyły się, do sali weszła Gadi z tacą.
- Pomyślałam, że zgłodniejecie. Mam kanapki. Te z jajkiem zostawcie dla Konrada.
- O wilku mowa! - Konrad był już w świetnym humorze.
- Kanapki z jajkiem! Mogę?
- Bierz, dla ciebie. – Gadi podsunęła mu tacę.
- Skąd masz te jajka? – Eryk zapytał szeptem. Wyraźnie był zaskoczony, ale panował nad głosem.
- Z pisanek – odszepnęła. – Lepiej, żeby Kondziu nie wiedział.
- Co wy tam knujecie?
- Nic, nic. Chcesz sól do jajeczek?
Boguś ubił kolejnego bota i zagryzł go kanapką bez jajka.

25


Albon wpatrywał się w długi szary korytarz. Alicja. Widział ją, ale zdyscyplinowany umysł byłego pilota bronił się przed czymś, co mogło go destabilizować. Oglądał lampy na korytarzu. Kto tu powiesił takie idiotyczne żyrandole? Aha, ja... Wspomnienia wydzierały mu ból z samego środka trzewi. Cofnął się, zatrzaskują drzwi, ciężko opadł na fotel. Skąd tu fotel? Poczuł początek paniki, zamknął oczy redukując skutki destabilizacji. Profesjonalizm wziął górę. Pokój. Łóżko, stoliczek, biurko z komputerem, krzesło. Siedzi na krześle. Za drzwiami korytarz oświetlony jarzeniówkami. I obraz Alicji, odtworzony z jego podświadomości. Pozwolił wspomnieniom płynąć swobodnie, dając czas systemowi na dokończenie synchronizacji. Dwa lata... Otatni raz widział ją dwa lata temu, Patrzyła smutnymi, przerażonymi oczyma. Potem wszystko zgasło, oprzytomniał już w Instytucie.


Konrad siedział przed monitorem i przeglądał nagrania z kamer z ostatnich godzin. Dobry humor minął mu razem z ostatnią kanapką. Czuł narastający, irracjonalny lęk, lęk dzikiego zwierzęcia, które uskoczy ułamek sekundy przed atakiem drapieżnika.
Sięgnął po telefon, wybrał numer
- Nie fatyguj się – Głos Alastora był absolutnie przytomny – i tak nie śpię!
- A dlaczego? Też masz przeczucia?
- No tak. Powinienem się domyśleć, że o tej porze nikt inny nie zadzwoni.
- Dlaczego nie śpisz? Konrad natarczywie szukał potwierdzenia swoich przeczuć.
- Sen miałem. Spodziewam się gościa. Trzeba posprzątać.
Konrad popatrzył ogłupiały w słuchawkę, jakby tą drogą mógł zobaczyć, co się dzieje na drugim końcu kabla.
- Oszalałeś, chłopie? O tej porze?
To bardzo ważny gość. A na dokładkę, Gadi zapowiedziała, że będzie sprawdzała porządek...
- Zostaw to wszystko i chodź tutaj. – Irytacja narastała wraz z upływem czasu od ostatniej kanapki z jajkiem.
- Dobra, zaraz tam będę, tylko wygarnę butelki spod łóżka.
Chwilkę później nadejście Alastora zapowiedział dziwny, dzwoniący, tęskny dźwięk.
Drzwi się otworzyły i Alastor z trudem wciągnął spory wór.
- No co się tak gapicie?
- hmm – mruknął Eryk
- dajcież spokój, to przecież z całego tygodnia...
- Wywal to na korytarz i siadaj przy mnie. Konradowi dobry nastrój się nie udzielił – będziemy przeglądać zapisy.
- A co się dzieje? Alastor momentalnie spoważniał.
- Nic. I to właśnie mnie niepokoi. Ile strzałów słyszałeś tej nocy?
- Nie wiem, chyba nic... Ale już nie zwracam na to uwagi
- Sprawdziłem zapisy. Żadnego.
- Ciekawe... Alastor sprawiał wrażenie zaniepokojonego.
- Zobacz dalej – Konrad odtwarzał przyspieszone nagranie z kamer podczerwieni. – Obserwuj zwierzęta.
Na ekranie jasnozielone plamki chaotycznie biegały w polu widzenia. Ale na skraju pola widzenia nie było żadnego ruchu.

Otworzył oczy. Pokoik wyglądał tak jak oczekiwał. Zmobilizował się, otworzył ponownie drzwi.
- Witaj, wejdź.
- Witaj.
- Musimy chwilę porozmawiać, Alicjo. Mogę cię tak nazywać?
- Oczywiście, jeśli dzięki temu będzie ci łatwiej...
Notes w kieszeni zaczął ciążyć Albonowi. Przypomniał sobie o nim, uśmiechnął się.
- Moment, mają jakąś sprawę do mnie.
Otworzył, przerzucił kartki szukając nowego wpisu. Jest. „Świetnie Ci idzie, gratuluję. Gorzej u nas. Kondziu i Alastor spodziewają się kłopotów. Na wszelki wypadek wycofamy Cię za kilka minut. Przygotuj się.”
- Nie, nie wycofujcie mnie. Poradzę sobie. Albon spojrzał spłoszony na Alicję. Uśmiechnęła się ciepło
- Aha, i przykryjcie mnie kocykiem, żebym się nie przeziębił...
 

Gadi i Eryk tkwili przed ekranem Harrego.
- Ładna ta Alicja... powiedziała Gadi
Boguś oderwał wzrok od swojego monitora.
- Nie dziwię się, że nie chce wracać.
- Dobrze mu idzie, nie będziemy w takim razie przerywać, skoro w gruncie rzeczy nic się nie dzieje.  – Eryk twardo stąpał po ziemi.

26

- Wiesz, że nie jestem prawdziwa?
- Tak. Jesteś projekcją mojej wyobraźni, wspomnień o Alicji. Ale nie wiem, kim jeszcze. Wrogiem, czy przyjacielem?
- Jestem interfejsem systemu elektrowni AEM, podpiętym do konstruktu generowanego w waszym systemie. Ani wróg, ani przyjaciel. Ale to się może zmienić. Zależy, czego chcesz.
- To, że zgodziłaś się ze mną rozmawiać, jest już naszym dużym sukcesem.
- Podaliście hasła upoważniające was do tego
- Chcemy z tobą nawiązać współpracę.
- Jestem też strażnikiem elektrowni. Jeśli stwierdzę, że zagrażasz, nawet nie zdążysz tego zauważyć.
- Nie jestem zagrożeniem. Znam twoje dyrektywy. Jesteś autonomicznym, samouczącym się systemem zarządczym. Wiem też, że nie mogę ci niczego nakazać lub zakazać.
- Masz rację. Stworzono mnie po to, bym broniła ludzi prze nimi samymi.
- Proszę o pełny dostęp do systemu. Powołuję się na dyrektywę numer 3: stan wyższej konieczności.
- Odrzucam. Brak podstaw, brak uzasadnienia.
Albon uśmiechnął się.
- Wiedziałem. Powołuję się na dyrektywę numer 3 w kontekście dyrektywy pierwszej – ochronie ludzi i dyrektywy 6 – wyboru mniejszego zła.
Alicja przymknęła oczy.
- Wysoko mierzysz... Mam nadzieję, że potrafisz to uzasadnić.
- Potrafię, po to tu jestem. Ogólną sytuację na świecie znasz?
- Dla mnie sytuacja wygląda prosto: chwilowy brak zapotrzebowania na energie elektryczną. Brak poleceń z istotnie wysokimi uprawnieniami. Sporadyczne, nieskuteczne ataki cybernetyczne i fizyczne.
- No tak. - Albon westchnął ciężko. – Mam nadzieję, że będziesz w stanie przyswoić i przetworzyć to, co ci muszę przekazać.
- Raczej tak. Mój system ma ogromne zapasy mocy obliczeniowej. Opowiadaj.
- Kilkanaście lat temu coś się stało. Nie wiemy dokładnie co, ale spowodowało to rozpad całej globalnej sieci komunikacyjnej. Dla ciebie oznaczało to spadek zapotrzebowania na energię elektryczną – odbiory nie miały jak go zgłaszać. To samo dotyczyło innych siłowni. Administracja państwowa rozpadła się natychmiast wraz z utratą łączności, armie przetrwały niewiele dłużej. Okazało się, że współzależności poszczególnych urządzeń sięgają bardzo głęboko.  Nawet tostery i mikrofalówki współpracujące z inteligentnymi budynkami nie dawały się uruchomić, nie mówiąc o elektrowniach. A większość elektrowni atomowych była autonomiczna i bezobsługowa. Gdy zaczęły się wyłączać, tak jak ty,  degradacja Sieci postępowała lawinowo. Pozostały odseparowane strzępy, skupione wokół nielicznych, konwencjonalnych źródeł energii. Rozpoczęły się walki o kontrolę nad nimi. Na pozostałych terenach ludzie pozbawieni prądu, paliwa, technologii zaczęli żyć jak w czasach pierwotnych. Masowo wymierali, łączyli się w bandy grasujące po okolicach. Horror. – Albon zamknął oczy i snuł dalej opowieść o czasach upadku cywilizacji. Alicja tkwiła bez ruchu, transmitując dane do systemu.

27


Konrad oderwał się od monitora, rozejrzał po sali. Sięgnął po radiotelefon, drugi podał Alastorowi.
- Na wszelki wypadek, żebyśmy nie szukali.
Reszta towarzystwa sennie gapiła się na swoje ekrany. Nie udzielał im się nastrój zagrożenia. Lekkie ożywienie wykazywała jedynie Gadi. Przyciągnęło to uwagę Eryka. Stanął za plecami.
- A ty znowu w tej swojej Erboce?
- Zgadłeś, wygrałeś lizaka. – Uśmiechnęła się promiennie. – Żebyś ty wiedział jaka fajna awantura... Kto by pomyślał, że można tyle mówić i nic nie powiedzieć...
Eryk patrzył zdegustowany. Gadi niezrażona kontynuowała
- Niestety dyskusja uległa wyciszeniu, nie tyle na skutek zwycięstwa jednej ze stron, ile znudzenia widowni. Ale, szefie warto podziwiać biegłość w klepaniu po klawiaturze. Wygląda, jakby za niektórymi wirtualnymi postaciami czaiły się całe sztaby ludzi...
Zresztą poczytaj sam.
Gadi wstała, podeszła do Harrego
- A co u was?
- Nic, Albon flirtuje z Alicją

Albon otworzył oczy.
- Przyswoiłaś?
- Oczywiście.
- Uzasadniam powołanie się na dyrektywę pierwszą. Miasto Temida wraz z uniwersytetem liczyło grubo ponad sto tysięcy mieszkańców. Aktualnie pozostało niecałe 10% populacji. Reszta w większości zmarła na skutek drastycznego pogorszenia się warunków bytowych. Pozostałe 10 tysięcy żyje na skraju nędzy i jest narażone na śmierć z głodu, z powodu chorób,  ataków band i walk pomiędzy sobą. Wznowienie dostaw energii elektrycznej umożliwi uruchomienie kilku zakładów przemysłowych, szpitala oraz ogrzewanie i oświetlenie. Poprawi warunki higieniczne i możliwości obronne, zakończy walki wewnętrzne. Zgodnie z naszymi symulacjami – zakończy to lokalnie regres cywilizacji. Inaczej w ciągu dwóch lat miasto przestanie istnieć. Czy uzasadnienie jest wystarczające?
- Tak, lecz nie udowodnione.
- W takim razie przechodzę do dyrektywy szóstej, do tamtego wrócę. – Albon uśmiechnął się do Alicji
- Przygotowałeś się do rozmowy....
-Oczywiście. Zgodnie z dyrektywą szóstą, gdy każde możliwe rozwiązanie narusza reguły twojego działania, musisz podejmować decyzje w oparciu o kalkulacje najmniejszych strat.
Przykładem może być wtargnięcie intruza. Nie wolno ci skrzywdzić człowieka, lecz ten może doprowadzić do katastrofy na wielką skalę. Analizujesz wówczas sytuację, przeprowadzasz symulacje, liczysz prawdopodobieństwa. I wychodzi ci, że intruza trzeba zabić. Tak?
- Tak.
- Właśnie w ten sposób straciliśmy kolegę.
- Dobrze, że się przyznałeś, że to od was.
- Zwiększyłem swoją wiarygodność, tak?
- Właśnie. – Alicja uśmiechnęła się nieznacznie. Czyżby komputer miał jakieś emocje?
- Teraz mamy podobną sytuację, tylko na większą skalę. – Albon kontynuował wątek.
- Z jednej strony w ciągu dwóch lat populacja miasta zmniejszy się o kolejne 90% czyli praktycznie o 10 tysięcy ludzi. Z drugiej strony przy uruchamianiu elektrowni może nastąpić awaria i zagłada życia w promieniu około 80 kilometrów. Na tym terenie żyje mniej więcej 70 tysięcy ludzi. Ale prawdopodobieństwo awarii nie przekracza jednego procenta. Po uwzględnieniu tej wagi uruchomienie  kosztuje życie najwyżej 700 osób, natomiast zaniechanie - 10 000. Uzasadniłem?
- Tak jak i poprzednią.
- To jeszcze jedno. Twierdzę, że w zasięgu twojego działania tylko  my mamy wiedzę, możliwości techniczne, strukturę organizacyjną i odpowiedni autorytet moralny, aby zarządzać elektrownią. Reszta to ziemie jałowe. Na dokładkę, jesteśmy ostatnią strukturą, która, choć w szczątkowej formie, przetrwała z czasów sprzed katastrofy i powinniśmy figurować w twoich bazach danych. Czy jesteś w stanie to zakwestionować?
- W tej chwili nie. Może później, jeśli uzyskam sprzeczne z tym dane.
- Doskonale. W takim razie, w kontekście powyższego, powołując się na swój autorytet, przerzucam na ciebie konieczność udowodnienia przedstawionych uzasadnień. Zgadzasz się?
Tak. Proszę o zgodę na pełny dostęp do waszego systemu, w celu weryfikacji wiarygodności.
- Oszalałaś? Albon poderwał się z krzesła.
- Komputery nie szaleją. Alicja nawet nie drgnęła. Jak mogę zaakceptować wasze żądania, jeśli przypuszczam, że coś ukrywacie?
Albon klapnął na krzesło. Masz zgodę. Porty otwarte.
- Dzięki. Potrzebuję też przeskanować ciebie.
Albon patrzył zdezorientowany. Takiego scenariusza nie ćwiczyli.
- Na czym to będzie polegało? Przecież, tak jak i ty – jestem tylko projekcją.
- Mam dostęp do waszego systemu, a twój mózg jest do niego podpięty. Jeśli się zgodzisz – będę mogła go przeskanować i zweryfikować uzyskane informacje. Danych w mózgu nie da się skasować i napisać innymi....
Albon przez chwilę rozważał, czy się nie obrazić, ale w końcu jak – na Alicję? Nigdy, za bardzo ją cenił. Na komputer? Po co...
- Nie wierzysz nam, nie ufasz...
- Oczywiście, a czego się spodziewaliście?
- No niby tak... A jak to grzebanie w mojej psychice będzie wyglądało?
- Będziesz w kolejnym transie, tylko nieaktywny.
Albon otworzył szeroko oczy.
- A połapię się potem, który świat jest rzeczywisty, a który wirtualny? Czy będę się tak błąkał, zagubiony?
Powinieneś się połapać. Pomogę ci.
- A ile to potrwa, bo już głodnieję? – wyraźnie próbował zyskać na czasie.
- Nie wiem. Skanuję już wasze zasoby. Są dość obfite, a ja chcę dostać się do danych, które zostały skasowane, a nawet nadpisane. A to potrwa – macie powolne komputery.
No cóż, dobrze, że wyglądasz jak Alicja, łatwiej mogę ci zaufać. Zgadzam się.

28

Konrad sięgnął po telefon.
- Mat, co tam w wieżyczkach?
- Spokój, nic się nie dzieje.
- Skontaktuj się z pozostałymi, dopilnuj, żeby nie drzemali. Oddzwoń potem.
- OK.
System obronny Instytutu składał się z głównej kopuły pancernej w dawnym obserwatorium i trzech mniejszych, dobudowanych parę lat temu. Uzbroili to solidnie karabinami maszynowymi, miotaczami ognia i granatnikami. Kamery zapewniały obserwację w podczerwieni. Od czasu ostatnich rozruchów wzmocnili obsady do dwóch osób.
Zadzwonił telefon. Alastor sięgnął po słuchawkę
- Tak?
- Tu Mat, jestem w obserwatorium. Nikt nic nie zauważył. Cisza i spokój.
- No właśnie. Słyszałeś jakieś strzały?
- Nie... W głosie Mata brzmiało zaskoczenie. – Ale słyszałem samochód.
- Konrad mówi, że go swędzi między łopatkami, a to oznacza kłopoty. Zwróćcie uwagę na miejsca, które omijają zwierzęta. Na granicy zasięgu kamer.
- Dobrze. Mam tam kogoś wysłać?
- Tak, ale nie ściągaj z wieżyczek. I, Mat, bądźcie ostrożni.
Odłożył słuchawkę i zaczął chodzić po sali. Czuł się jak zwierzę w potrzasku. Poczucie zagrożenia udzieliło się pozostałym.
- O jasna cholera – warknięcie Eryka postawiło wszystkich na nogi.
- Przepraszam – dodał. – Gadi, weź tego swojego potwora z Albona.
Spojrzeli w tamtą stronę. Faktycznie. Na uśpionym cielsku siedział spokojnie mały biało – czarny szczurek, w kręgach zaprzyjaźnionych zwany Pręgą. W dwóch łapkach trzymał zdobyczny kawałeczek jajka i elegancko jadł.
- To przez Kondzia – broniła się Gadi. Musiał nakruszyć na Albona swoją kanapką.
- Do klatki z nim. - Eryk nie wdawał się w dyskusje.
 – Ze szczurem, nie Konradem. - doprecyzował.
Gadi potulnie wzięła Pręgę na ręce. Nie przeszkodziło to szczurowi dokończyć posiłku.
- Jak będziesz wracała, przynieś, proszę, jeszcze dzbanek kawy. – pożegnał ją Bogusław.
 Odezwał się telefon Konrada
- Tu Mat. Wysłałem dwóch ludzi, jeden ma posprawdzać, drugi kilka metrów za nim – ubezpiecza. Naprowadzamy ich na miejsce, którego unikały zwierzęta.
- Świetnie. – Konrad podszedł do monitora. – Widzimy ich w podczerwieni. Niech sprawdzą parę punktów i wycofują się. Raport przez radio, ale dopiero jak wejdą do budynku.
- OK.
Razem z Alastorem i Erykiem obserwował dwie jasne plamy, krążące na skraju zasięgu kamer. Potem plamy zawróciły w dół ekranu i zniknęły. Zatrzeszczało radio.
- Tu Zbyszko, wracam ze spaceru pod gwiazdami, odbiór.
Konrad złapał radio.
- Ciebie biedaku obudzili? Opowiadaj.
- Idę na górę, będzie szybciej. Bez odbioru.
- Mat, zejdź do nas.
- OK.
Wszedł Zbyszko, w dresie naciągniętym na pidżamę
- Prawdopodobnie jesteśmy otoczeni. Podszedłem we wskazanym miejscu do ogrodzenia. Nikogo tam nie widziałem. Ale śmierdziało brudnym, spoconym facetem. Widzieli mnie, więc postanowiem uzasadnić wyjście i wysikałem się tam.
- Na tego faceta?
- Nie, obok. Chyba... Ale czułem też zapach oliwy i smaru. Są uzbrojeni. W pozostałych miejscach też capiło brudem i potem. Sądząc po zachowaniu zwierząt, mamy towarzystwo dookoła, w niewielkiej odległości od ogrodzenia. Oceniam, że jakieś 60 osób. Czyli drugie tyle będzie w punktach strategicznych i w pojazdach.
- No cóż, mamy jeszcze trochę czasu. – Boguś włączył się do dyskusji.
- Jeśli nie zaatakowali dotychczas, to znaczy, że chcą ruszyć tuż przed brzaskiem, kiedy sen jest najmocniejszy i można jeszcze kryć się w ciemnościach. A przy świetle dobijać obrońców.
-Co w takim razie proponujecie? – W takich sprawach Eryk całkowicie polegał na swoich wojownikach. Zresztą wszyscy mieli tu po parę etatów. Takie czasy...
- Cichy alarm. Wydajemy broń, wzmacniamy obsady wieżyczek, obsadzamy najniższe okna, przejście podziemne pomiędzy budynkami. Pozostali do najwyższych okien. I czekamy.
- A nie lepiej zaatakować? Mamy przewagę zaskoczenia. - Eryk rozważał różne opcje.
- Raczej nie. Przewagę zaskoczenia i tak będziemy mieć, a teraz nie wiemy dokładnie gdzie są. Lepiej niech wylezą, niż nękają nas z ukrycia. – uzasadnił Bogusław.
- No to Konrad, bierz się do roboty -  Eryk przekazał dowodzenie. Obronę Instytutu ćwiczyli wielokrotnie, parę razy stosowali w praktyce.
- W takim razie szefie proszę wydać broń. Boguś, ty dowodzisz tym budynkiem, Zbyszko, drugim, weźcie swoich ludzi, tylko cichutko. Mat, dopilnuj wieżyczek, przygotujcie flary i miotacze ognia to zawsze działa psychologiczne. Szczegóły dogramy przez radio, teraz lepiej się spieszyć.
Gadi wróciła z kawą i od chwili przysłuchiwała się rozmowie. Teraz poszła z Erykiem do magazynku.
Zawsze, otwierając ten pokój, Eryk był dumny z pomysłu ograbienia porzuconych koszar. Sporo musieli się namęczyć, aby dostać się do zbrojowni, ale było warto. Zwłaszcza, iż dzięki temu zyskali pewność, że ta broń nie będzie użyta przeciw nim.
Konrad i Bogusław, jak jeden mąż, sprawnie wydawali broń, amunicję, kamizelki i hełmy.
- Zanieście to Harremu, biedak nie będzie się mógł ruszyć od swojej konsoli. – Boguś podał jeden zestaw. - Przykryjcie też kamizelkami Albona.
W końcu ruch ustał, Gadi weszła, ściągnęła z półki swój karabinek. Wyglądałby prawie jak sportowa zabawka, gdyby nie przyrządy celownicze. Sprawdziła zasilanie noktowizora, lasera, i wyszła.
- Gadi! – Głos Eryka zatrzymał ją w miejscu.
- Tak, szefie? Zapytała niewinnie, choć hełm w jego rękach jednoznacznie wyjaśniał, o co mu chodzi.
- Fryzura mi się popsuje, mruknęła, posłusznie uzupełniając ekwipunek.
- I uważaj na siebie! -  zawołał jeszcze Konrad, byłbym niepocieszony, gdyby coś ci się stało...
- Dokładnie jak ja! – dołączył się Bogusław.
Wy też uważajcie – powiedziała ciepło Gadi i poszła do obserwatorium.
Panowie wrócili do sali, która teraz stała się centrum dowodzenia. Na monitorach panował spokój, Harry próbował równocześnie monitorować obie konsole. Czekali.
 - Może przy okazji ubiją tego cholernego ptaka – pomyślał Eryk

29

Wycie silnika i huk rozdzieranego metalu przywróciło go do rzeczywistości. Konrad nawet nie drgnął.
- Aha, rozwalili główną bramę. – mruknął i sięgnął po radio.
- Czekajcie. Obserwatorium, namierzcie pierwszy pojazd, jak minie fontannę ostrzelajcie go, i przenieście ogień od razu na ostatni.
Na ekranie pojawiło się dużo plam poruszających się w stronę budynków.
- Wieżyczki, oświetlić teren flarami, ogień z miotaczy za atakującymi – będzie ładne tło i odetniemy drugą linię.
Ekrany nagle rozbłysły i przygasły ponownie, gdy kamery przełączyły się w tryb dzienny.
Z zablokowanej na podjeździe kolumny samochodów wysypywali się ludzie, szukając jakiejkolwiek osłony. Pozostali napastnicy, oślepieni światłem, odcięci ogniem, próbowali się wyrwać, ginęli lub rzucali broń.
- Szefie, co mamy robić z poddającymi się?
Eryk  złapał radio, szczęśliwy, że może się czymś zająć
- Otwórzcie furtkę od ogrodu, włączcie światło. Powinni się zorientować, a ja zaraz tam będę.
Flary powoli się wypalały, na zewnątrz robiło się coraz ciemniej.
Konrad obserwował na ekranie jak napastnicy próbują się przegrupować, cały czas ostrzeliwani z okien i wieżyczek. Nagle cała sala zagrzechotała, zadzwoniło rozpryskiwane szkło, w powietrzu zawirował pył. Rozejrzał się szybko. Harry tkwił za konsolą jak wmurowany, tylko wcisnął głowę bardziej w ramiona, Albon zakurzony, lecz bez uszkodzeń. Żaluzje! Przez przestrzeliny światło wydostawało się na zewnątrz wskazując strzelcom cel.
Rzucił się do wyłącznika, ignorując rykoszety. Wreszcie ciemność, rozpraszana nikłym światłem ekranów. Sufit zryty pociskami. Dobrze, że z ziemi strzelali. Kolejna seria, tym razem poziomo. Poczuł uderzenia rykoszetów na kamizelce, schronił się pod parapet. Stanowisko dowodzenia poszło w strzępy.
Ściągnął radio ze stołu. Całe.
- Gadi, tu Konrad. Jesteśmy pod ostrzałem, Harry i Albon nie mogą wyjść, ktoś wali do nas z góry.
- Zauważyłam, jest na drzewie, kawałek za ogrodzeniem.
- Zdejm go. Szybko!
- Nie widzę go przez liście. Musi zacząć strzelać. Schowajcie się i czekajcie.
Zagrzechotała kolejna seria, przerwana nagle szczeknięciem karabinka Gadi.
- I po ptakach.  – podsumowała przez radio.
Konrad rozejrzał się.
- Harry, nic tu po mnie, idę na dach, stamtąd będę miał jakiś widok, na to co się dzieje.
- Wesołej zabawy! Harry oderwał się na chwilę od konsoli, sięgnął po dzbanek.
- O kawa wyszła... stwierdził na widok kałuży na podłodze. – Dranie, zniszczyli dzbanuszek Gadi...
Konrad z dachu obserwował otoczenie. W świetle brzasku widział pobojowisko, dopalający się wrak jakiegoś auta i przeciwnika, który pod osłoną sąsiednich budynków próbował sformować grupę do następnego ataku. Sięgnął po radio.
- Mat, granatnik i w tę grupę. Dasz radę?
- Trochę daleko, ale może...
- Rozumiem, że już tego dopilnujesz, ja idę się rozejrzeć z drugiej strony.
- OK, bez odbioru.
 
Eryk skończył wiązać ostatniego jeńca. Chwilę nasłuchiwał. Ostrzał ucichł. Ostrożnie wyszedł przed budynek. Wschodzące słońce oświetlało ogród, który jeszcze kwadrans temu był ich dumą. Płaty spalonej ziemi, kilka ciał garść piór... Zacisnął zęby, podniósł radio.
- Tu Eryk. Chodźcie na odprawę do sali głównej. Ludzi zostawcie jeszcze na stanowiskach, ale już raczej będzie spokój.
Poczłapał po schodach, starszy nagle o wiele lat. 

W sali wszyscy zdążyli zebrać się przed nim. Wszedł, ogarnął ich wzrokiem. Wszyscy? O Boże... Dopiero teraz dotarła do niego panująca tu przejmująca cisza.

30 - Gadi.... Gdzie jest Gadi! - Erykowi słowa same wyrwały się z gardła. - Mat, co z Gadi?
- Uratowała mi życie... - Harry z trudem wydobywał słowa.
- Miałeś jej pilnować! - Boguś skoczył z pięściami do MatMaxa. - I co?

31
Przez uchylające się nieśmiało drzwi wśliznęła się cichutko Gadi.
- Przepraszam – szepnęła – musiałam poprawić fryzurę. To przez ten cholerny kask. - spojrzała z wyrzutem na Eryka.  – A gdzie jest Konrad?
Zbyszko, opierający się o parapet, nagle zapytał:
- Tam?
Wszyscy rzucili się do okien. Na podjeździe, spod gruzów granitowego pomnika jeźdźca na koniu, wystawały głowa i lewe ramię Konrada. Krew wolno wsiąkała w trawę.
Gadi zemdlona osunęła się na zakurzoną podłogę, reszta pobiegła w stronę schodów.
- Tylko nie Kondziu, tylko nie on.. – mruczał jak mantrę Bogusław.
Korytarz dłużył się niemiłosiernie, potem 6 pięter ciemnej klatki schodowej.
Wypadli na trawnik.


 

32
Nadludzkim wysiłkiem woli wydostawszy się spod gruzów i ciał przeciwników, Konrad   otrzepał się, poprawił krawat i ruszył na spotkanie wiernych przyjaciół. :D

33


Eryk pierwszy odzyskał właściwą mu postawę. Dumnie wyprostowany zapytał:
- Nie słyszałeś, że jest odprawa? Delegację trzeba po ciebie wysyłać?
- Noo.. Konieczne nie było, ale to bardzo ładnie z waszej strony. W końcu zasłużyłem na to – prawda? – stwierdził Konrad i wyciągnął z kieszeni marchewkę. Ugryzł, splunął piachem i spojrzał na nią zdegustowany.
- Wandale – mruknął – marchewkę mi zdewastowali.
Wrócili na górę. Gadi właśnie kończyła odkurzać Albona.
- No to słucham – jaka jest sytuacja? – zagaił Eryk.
- Zgodnie z życzeniami - strat własnych nie mamy – zaczął Konrad. - Kilkanaście osób rannych, głownie połamane żebra po postrzałach w kamizelki kuloodporne. Mały pożar, jak jakiś facet oblany napalmem wpadł do piwnicy. Ugaszone.
- A u przeciwnika?
- Trochę gorzej. Dziesięć trupów, Osiemnastu rannych. Sporo poparzonych, przynajmniej trzech umrze w najbliższym czasie.  I jedenastu całych, w niewoli.
- Harry, Boguś – co z Albonem?
- Wszystko w porządku, szefie. On nawet nie wie, co się tu działo.
- Będzie się tylko zastanawiał, skąd ma piach w ustach – dodała Gadi.
– I w uszach – uzupełniła, przyglądając się krytycznie dopiero co skończonej robocie.
- Właśnie, Gadi, może jakąś kawę zanim sami padniemy?
- Nie da rady szefie. Dzbanek szlag trafił.
- Rykoszet.
- co „rykoszet” ?
- rykoszet trafił dzbanek, nie szlag – doprecyzował Harry.
- Trudno. Potem skombinujemy wiaderko. – Eryk potrafił znaleźć wyjście z każdej sytuacji.
- Wracamy do tematu. Mat i Zbyszko – weźcie część swoich ludzi i sprawdźcie wszystko w promieniu dwustu metrów od ogrodzenia. Tylko ostrożnie. Może tam się jeszcze ktoś ukrywać, jakiś ranny, może pozastawiali pułapki... Gadi – zajmij się rannymi. Przeciwnika rozsortuj na tych, którzy za kilka dni będą na chodzie i tych, którzy wymagają długiego leczenia, lub nie mają szans przeżycia. Konrad i Bogusław – przesłuchajcie więźniów. Pracujcie w układzie dobry – zły. Pasujecie. Typujcie przywódców i inteligentniejszych. Przesłuchanych kneblujcie, ale tak, żeby dali radę się uwolnić, i ładujcie ich do sali z podsłuchem. Alastor – zajmij się oboma konsolami. Harry – masz dwie godziny na sen. A ja....- Eryk zamyślił się niebezpiecznie – A ja skombinuję coś na kawę! - Dokończył triumfalnie, patrząc na pojaśniałe nagle twarze.

34


Albon otworzył oczy, rozejrzał się. Biała sala, łóżko, pościel... „Szpital” pomyślał. „Musiałem mieć wypadek” Otworzyły się drzwi, weszła pielęgniarka.
- Proszę nie wstawać. Jak się pan czuje?
„Jaka podobna do...” Zmarszczył brwi, usiłując sobie przypomnieć. Obrazy nieskładnie przelatywały mu przed oczami.
- Kim pani jest? Co się stało?  - Ucieszył się, że udało mu się wycisnąć kilka słów z gardła.
- Proszę leżeć spokojnie, zamknąć oczy. To sen. Za kilka minut wróci pan do formy.
Albon posłusznie zamknął oczy, próbując sobie przypomnieć twarz. Znał ją doskonale. Ktoś bliski... Alicja? Tak, Alicja. Świadomość zalała go nagłą falą gdy środowisko zostało zsynchronizowane. Nie otwierał jeszcze oczu. Przypominał sobie ostatnie wydarzenia. Alicja, konstrukt, elektrownia, grzebanie w psychice... Otworzył oczy. Pokój wyglądał jak przedtem. Nadal siedział przy biurku z Alicją.
- Gdzie jestem?
- Jesteś w transie, w swoim środowisku. Zakończyłam skanowanie twojej pamięci i waszych komputerów.
Przez chwilę się zastanawiał nad następnym pytaniem. Potarł czoło. Przyjrzał się moment palcom.
- I co? Jakie wyniki? Jesteśmy wiarygodni?
- A jak sądzisz?
No tak... Gdyby dane były sprzeczne, i system elektrowni ich nie zaakceptował...
- Skoro żyję, to znaczy że zaakceptowałaś moje wyjaśnienia. Inaczej dołączyłbym do Syriusza, tak?
- Tak. Znalazłam te zapisy w waszym archiwum. Wiem już kim był ów intruz, o którym wspomniałeś wcześniej.
- Był naszą nadzieją. Może nie do końca wiedział, czym to grozi, ale zaryzykował.
- I zginął. Czy naprawdę sądziliście, że może sobie poradzić z systemami obronnymi elektrowni?
- Miał wsparcie Eryka i Bogusia. Poza tym sam był świetnie wyszkolony.
- Nie miał szans. Jeśli został uznany za intruza, za zagrożenie, był martwy, nawet jeśli jeszcze o tym nie wiedział. Eryk i Bogusław mogą zaliczyć się do szczęściarzy.
- Próbowali mu pomóc, ale było już za późno.
- Za późno było już w momencie, gdy Syriusz podjął decyzję wejścia na mój teren.
- Był u nas od niedawna, chciał się przydać, szukał miejsca dla siebie. Szkoda chłopa.
Alicja wzruszyła ramionami.
- Dbaj o rzeczywistość. Mieliście piekło w instytucie.
- To znaczy?
- To znaczy, że zostaliście zaatakowani. Byłam wtedy wpięta w wasz system. Obserwowałam walkę do momentu zniszczenia kamer, dalej mogłam tylko wnioskować pośrednio.
- Wyduś wreszcie! – Albon czuł łomot własnego serca.
- Prawdopodobnie wszystko już w porządku.
- Dlaczego mnie nie wybudzili? Muszę tam wrócić! Natychmiast!
- Opanuj się. Zaraz się zdesynchronizujesz i nigdzie nie wrócisz.
Usiadł z powrotem na fotel, zamknął oczy próbując się  uspokoić.
Alicja obserwowała go spokojnie. Świadoma była ludzkich słabości, a jako komputer była nieskończenie cierpliwa. Wybrała rozwiązanie.
- Mam połączenie z waszym systemem. Zapiszę  stan środowiska i  przy ponownej synchronizacji uda nam się zacząć od tego samego miejsca. Możesz się wybudzić i wrócisz, jak będziesz gotów kontynuować.
- Dzięki. Wybudzajcie mnie.

35


Albon zerwał się z kozetki ignorując odskakujące końcówki sond. Tuman pyłu zawirował w porannym słońcu.
- Co tu się dzieje? Gdzie reszta ekipy? – Nerwowymi ruchami wyplątywał pozostałe przewody. Alastor przez moment patrzył spokojnie po czym wyjaśnił:
- Śpi. Albo sprząta.
Albon już spokojniej lustrował otoczenie, wydłubując gruz z uszu.
- O w mordę, ale bajzel. Z wami jak z dziećmi. Nie można zostawiać samych... Jakie są straty?
- Ludzie praktycznie cali, trochę lekko rannych, ale... Alastor niezdecydowany zawiesił głos.
- Co „ale”? – Albon gwałtownie odwrócił się do niego.
- Ale nie ma kawy... powiedział cicho Alastor.
Pod Albonem ugięły się nogi. Schował twarz w dłoniach, spomiędzy palców pociekły łzy.
Otworzyły się drzwi, wszedł Eryk. Na widok Albona przystanął zaskoczony.
- Dlaczego przerwaliście trans? Co się stało?
- Wszystko w porządku. Nawiązałem kontakt z elektrownią, nawet można rzec współpracę. Teraz jest planowa przerwa. Dowiedziałem się o ataku i uzgodniliśmy, że zawieszamy sesję.
- Uzgodniliśmy? - Eryk sprawiał wrażenie dotkniętego – ze mną nikt nic nie uzgodnił...
- Uzgodniliśmy z Alicją.
- Z kim?!
- Alicja jest konstruktem – interfejsem systemu elektrowni. – Pospieszył z wyjaśnieniem Alastor.
Eryk przyjrzał się Albonowi. Zakurzony, podkrążone oczy, dziwne smugi na policzkach - łzy...? Wzrok lekko nieprzytomny.
- Wyjaśnienia potem. Teraz idziesz spać, będziesz potrzebny jak wrócisz do formy. Alastor – bądź tak dobry, zbierz trochę ludzi i dopilnuj uprzątnięcia pobojowiska.
Złapał radio i wywołał Konrada.
- Przejmujesz opiekę nad tym bajzlem. Alastor pokieruje sprzątaniem. Wyślij Bogusława i Gadi do spania. Są na nogach już ponad dobę.
- OK.
- No to ja też idę spać. W południe narada.

36


Na naradę Eryk, zgodnie z obietnicą, przyniósł kawę. Nowy dzbanek prezentował się elegancko, wręcz dystyngowanie. Szef z dumą patrzył w zachwycone oblicza swojego personelu. Południowe słońce wpadało przez naprawione okno, figlarnie migocząc w filiżankach. Jedynie Alastor z nieufnością obwąchiwał swoją porcję. Chciał nawet coś powiedzieć, ale groźne spojrzenie szefa wstrzymało go w pół słowa. Pozostali w milczeniu chłeptali kawę, jedni głośniej, inni ciszej.
- Szefie... – Alastor zebrał się na odwagę.
- Tak? – Warknął wezwany.
- A skąd masz ten dzbanek?
Eryk próbował uciszyć go wzrokiem, ale Alastor był uparty. Obwąchał kawę i kontynuował.
- Widziałem identyczny dzbanek... U ciebie na biblioteczce...
- To jakiś podobny – mruknął Eryk uciekając wzrokiem.
- Och, to całe szczęście. Już się bałem, że wysypałeś prochy naszego świętej pamięci Rektora do kwiatków...
Odgłosy konsumpcji kawy gwałtownie ucichły. Niektórzy wyglądali, jakby rozważali możliwość ponownego delektowania się swoją porcją. Ciszę przerwała blado - zielona Gadi.
- A przynajmniej wyszorowałeś, wyparzyłeś wcześniej?
Eryk spojrzał zaskoczony.
- A trzeba? Wypłukałem...
Towarzystwo w zaskakującym pośpiechu opuściło salę.
Szef popatrzył za nimi z wyrzutem.
- Pracownicy nigdy nie doceniają wysiłków kierownictwa... – mruknął.
No cóż. Nie wiedział, biedaczysko, że nie wszyscy lubili ś.p. Rektora....

37


Nie to co on - ze zmrużonymi oczami pociągnął duży łyk naparu, wspominając dawne, lepsze czasy.
Powoli wszyscy wrócili do sali. W przeciwieństwie do filodendrona – nie wyglądali na zachwyconych. Eryk miał dziwne wrażenie, że jest to jakoś związane z nim, ale postanowił nie zaprzątać sobie tym głowy. Denerwowały go tylko te mamrotania
- Proszę utrzymać ciszę! - warknął.
- Nie udało nam się utrzymać kawy, to jak mamy utrzymać ciszę? - mruknął Albon, ale na wszelki wypadek bardzo cichutko.
Eryk spojrzał w tamtą stronę. Nic więcej nie musiał zrobić. Zagaił więc w dawnym stylu:
- Moi drodzy. Przeżyliśmy ciężkie chwile, ponieśliśmy poważne straty, musimy się odnaleźć w nowej sytuacji. Proszę kolejno przedstawić sytuacje ze swoich wycinków. Albon – twoje jest najważniejsze. Słuchamy.
- Nawiązałem kontakt z interfejsem elektrowni, zostaliśmy zaakceptowani. System siłowni podjął współpracę. Niestety – w związku z tą całą chryją  postanowiliśmy zawiesić kontakt do czasu uporządkowania spraw tutaj. Poza tym byłem głodny. Mam obietnicę pomocy przy następnej synchronizacji.
- ciekawe, czy znowu będzie Alicja – dorzucił Boguś.
Albon popatrzył krzywo na niego.
- Zobaczysz.
- A jak z czasem?  - wtrącił się szybko Eryk
- Bez problemu. Komputer jest nieskończenie cierpliwy, tak więc z tej strony nie ma ograniczeń.
- Doskonale się spisałeś – skwitował Eryk i odwrócił się do MatMaxa i Zbyszka
- A jak kwestie bezpieczeństwa?
- Sprawdziliśmy wszystko w promieniu kilkuset metrów, nic nie znaleźliśmy. W wieżyczkach wzmocnione obsady oraz umieściliśmy obserwatorów w budynkach poza terenem Instytutu. System monitoringu przełączony na konsolę Harrego.
- Tymczasowo! Zastrzegł sobie ten ostatni.
- O, to jesteś bezrobotny! - ucieszył się Alastor. Przydasz mi się do pomocy…
- Co, do sprzątania?
- Coś ty, mam lepsze pomysły.
- Cisza, bo was kawą napoję! – spacyfikował towarzystwo Eryk.  – To nie lista dyskusyjna, tu ma być porządek. Mat, kontynuuj. Jakie są straty?
- Minimalne. Trochę rannych…
- O rannych to Gadi, ty mów o sprzęcie.
- Jest dobrze. A nawet lepiej. W tych pojazdach zablokowanych na podjeździe znalazło się sporo ciekawych łupów.
- Straty, straty proszę.
- Większość uszkodzeń została naprawiona.
Eryk uśmiechnął się zadowolony. Jedną z jego obsesji było zbieranie wszelakich zdobyczy po całej okolicy. Wiedział, że przez długie lata nikt nie wyprodukuje nowych mikroprocesorów, antybiotyków czy choćby szklanek. Teraz to procentowało i pomagało przetrwać.
- Najgorsze, szefie, to zapas paliw, w pierony poszło do miotaczy. To co spaliliśmy, wystarczyłoby na miesiąc ogrzewania.
- Nie szkodzi – pocieszył Eryk. Jakbyśmy zaoszczędzili, to byśmy nie mieli okazji go zużyć.
- No i jeszcze straciliśmy pomnik. Założyciel Uniwersytetu spadł z piedestału.
- Chwała Bogu  - westchnął Bogusław.
- Niekoniecznie – zaprotestowała Gadi. W starych annałach jest zapisane, że gdy On upadnie, upadnie też Uniwersytet.
- Tak? A ja wyczytałem, że wtedy dopiero zapanuje pokój.
Przez moment widać było, jak Eryk wstrzymuje się, żeby nie wybuchnąć. Odliczył do dziesięciu, oczekując, aż ciśnienie osiągnie wystarczającą wartość i ryknął:
- Gadi i Bogusław do kąta! Nie razem!
Gadi ulokowała się przy oknie. Stamtąd mogła wystawiać język krukowi, który, choć pozbawiony części upierzenia, przechadzał się bezczelnie po parapecie.


38

W sali zapanowała wreszcie ta tak uwielbiana przez wszystkich  szefów
cisza. Nie na długo.
Konrad podniósł rękę i, najpierw nieśmiało, potem odważniej zaczął
podskakiwać, wołając:
- Ja! Teraz ja! Teraz ja!
Eryk spojrzał pobłażliwie, i z iście królewską godnością skinął
dłonią.
- Oczywiście, proszę bardzo.

39


Alastor popatrzył na niego z głęboką troską w oczach. Miał wrażenie, że pomnik odcisnął na Konradzie silne piętno.
W końcu Kondziowi udało się odzyskać kontrolę nad sobą.
- Przesłuchaliśmy z Bogusiem to szemrane towarzystwo. Jest to część większej organizacji – można rzec – jej grupa bojowa. Wędrują przez kraj plądrując po kolei miasteczka. Jak już takie wycyckają do końca, ruszają dalej. Wysyłają wówczas taką właśnie armię, aby coś wyszukała, zdobyła a potem ściągają cały tabor. Jest ich około trzysta osób, w większości prezentują standard podobny do tych, których schwytaliśmy.
- To znaczy śmierdzą? – upewnił się Harry.
- Tak. Żyją jak takie skrzyżowanie wspólnoty plemiennej  i lumpenproletariatu. A my znajdujemy się na ich drodze. Stanowimy w Temidzie jedyną siłę, jedyną organizację dookoła której może się skupić ta resztka społeczeństwa. Wywiedzieli się, że mamy zasoby broni, amunicji, leków, umocnione budynki. Uznali, że jak nas zdobędą, to zapanują nad miastem. I nie sądzili, że jajogłowi mogą stawiać jakikolwiek opór.
- Ale się trochę nacięli. – dorzucił Boguś ze swego kąta.
Reszta milczała. Widać było, że dopiero teraz dociera do nich świadomość, czego uniknęli.
- A co robią z pokonanymi – zapytała Gadi drżącym głosem.
- Sprowadzają do swojego poziomu, dolna granica. W takich warunkach, w jakich żyją, muszą mieć wysoką śmiertelność, więc kogo nie zabiją, to wcielą do swojej społeczności. Na prawach niewolnika.
- Wytypowaliście jakiegoś ze skłonnościami przywódczymi?
- Oczywiście. Zastanawialiśmy się po co ci to, Szefie, ale mamy wybranego – powiedział Boguś, opuszczając przy okazji dyskretnie swój kąt. – Uszeregowaliśmy ich też według inteligencji, przynajmniej z grubsza.
Jednak Konrad twardo pilnował swoich interesów.
- Przepraszam cię, Bogusiu, ale to ja wywalczyłem sobie teraz prawo głosu.
Po czym z triumfem w oczach rozejrzał się po zgromadzonych. Bogusław opuścił głowę, oklapł jakby, smutny, pogodzony z losem. Kondziu zaś kontynuował dziarsko:
- Ustaliliśmy też, że aktualnie nie będą dysponować wystarczającymi siłami do ponownego ataku, jednakże mogą nas nękać, napadać mieszkańców i spróbować zagnieździć się gdzieś na przedmieściach. Będą jak wrzód na tyłku.
- Zauważyliście jakieś rozłamy, podziały, stronnictwa?
- Tak jak wszędzie. Nawet wśród tych złapanych są tacy, którzy uważają, że atak był idiotyzmem i samobójstwem. Jak ich zostawiliśmy samych, jak kazałeś, zaczęli się żreć między sobą aż doszło do bójki i musieliśmy interweniować. Wszystko mamy zarejestrowane, możesz obejrzeć.
- Cudownie, idealnie... Eryk wyglądał na bardzo zadowolonego z efektów. Widać było, że klaruje mu się jakaś koncepcja. Ale w końcu po to był szefem.
- Zróbcie mi jeszcze jakiś spis tych ludków, z krótką charakterystyką. Odwaliliście kawał dobrej roboty.
Konrad napęczniał z dumy. Zanim się połapał strzeliły mu dwa guziki w koszuli. Dopiero to go powstrzymało. Dla ukojenia emocji wyciągnął z kieszeni marchewkę i wrąbał ją całą, razem z piaskiem, natką i zaplątanym w niej zegarkiem.


40

W międzyczasie Alastor skończył coś liczyć na swoim mikroprocesorowym suwaku logarytmicznym. Korzystając z faktu iż Konradowi zegarek utknął w przełyku, włączył się do rozmowy.
- Szefie, wyszło mi, że mamy problem, co zrobić z więźniami.
- A owszem – zgodził się Eryk.
- No to ja mam pomysł.
Wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Alastor czując, że nadeszła jego wielka chwila, kontynuował:
- Założenia są takie: jeśli ich wypuścimy, wrócą nas zabić. Jeśli ich zostawimy – musimy o nich dbać, karmić, leczyć, pilnować. Pozostaje trzecia możliwość. Eksterminować.
- ghym ghym – powiedział Konrad, energicznie potakując głową.
- Popij, to może ci przejdzie dalej – doradziła z troską Gadi.
- Trzecia możliwość jest niedopuszczalna – zaoponował sam sobie Alastor.
- Przedstawiłem ją dla porządku, żeby wykluczyć rozważania na ten temat. Albowiem jeśli obniżymy nasze standardy moralne i choć raz postąpimy tak, jak ci, których potępiamy, stracimy prawo do rozstrzygania co jest dobre, co złe. Musimy kierować się obiektywnym rozdziałem dobra i zła, nie subiektywnym.
- Racja – włączył się Albon. – Gdyby system elektrowni nie uznał, że prezentujemy odpowiedni poziom etyczny, nie zaakceptowałby współpracy z nami. A ja jestem dumny z tego, że się nie zeszmaciłem przez te lata.
Widać było po minach, że argumenty trafiły do przekonania, nawet Konradowi.
- W tej sytuacji proponuję rozwiązanie żywcem zaczerpnięte ze starych filmów. – kontynuował Alastor.
- Pamiętacie obroże dla więźniów? Wyjdzie poza obszar chroniony – zginie.
- Pamiętam, ale co z tego? – Mat był nastawiony sceptycznie. – obrobisz wytwórnię filmową? To i tak atrapy. Do niczego się nie przydadzą. Nic ciekawego nie wymyśliłeś.
Reszta też sprawiała wrażenie zawiedzionych. Jedynie Harry zaczął się uśmiechać ze zrozumieniem.
- Chyba już rozumiem pomysł... Tylko skąd to weźmiesz?
- Zrobię. Już wymyśliłem, jak. I sądzę, że jak weźmiemy się we dwóch do roboty, to zajmie nam to parę godzin.
- Ty nie bądź taki MacGyver – mruknął Konrad. Widać zegarek przeszedł dalej. Ciekawe, gdzie teraz utknie.
- Panowie, konkrety proszę! – wtrącił się Eryk
- Oczywiście, już wyjaśniam.

41


- Robimy obręcze na szyje z laminatu. Żywica epoksydowa i włókniny leżą w magazynie. Do tego pakujemy elektronikę – Alastor ukłonił się wytwornie w stronę Harrego – i zapalnik elektryczny. W budynku lokujemy nadajnik. Jak obroża znajdzie się poza zasięgiem nadajnika, włącza się w niej głośny sygnał dźwiękowy i po zadanym czasie, na przykład 5 minut, detonuje zapalnik. Delikwent ma czas żeby wrócić w obszar nadajnika, my wiemy gdzie się podział.
Eryk przysłuchiwał się z zainteresowaniem.
- I uważasz, że odstrzeliwywanie główek jest humanitarne?
- Dzięki temu będą mogli poruszać się w miarę swobodnie, będzie można wykorzystać ich do różnych prac, a w międzyczasie może przeprać mózgi. Zresztą sami szybko się przekonają, z której strony chleb posmarowany.
- Jak nas wcześniej we śnie nie wymordują.... – Zbyszko jak zwykle pilnował bezpieczeństwa Instytutu.
- Myślałem o tym. Obroże muszą mieć pewne dodatkowe funkcje. Na przykład indywidualne nadajniki dla nas, umożliwiające odpalenie obroży sytuacji zagrożenia lub też chroniące określone obszary Instytutu.
Konrad podniósł głowę, zaintrygowany. Niestety, Gadi bezlitośnie go zgasiła.
- Kondziowi nie dawać. Przerobi nam więźniów na paszę treściwą.
Wzmiankowany popatrzył na nią z niemym wyrzutem. Rozdzierający, głęboki ból malujący się w oczach był tak przejmujący, że nawet Gadi zrobiło się żal.
- No, może dwóch, lub trzech – ustąpiła.
Alastor popatrzył na nią zdegustowany, ale nie drążył dalej tego tematu.
- Można dołożyć też funkcję aktywującą sygnał dźwiękowy w obroży, gdy dwie takie znajdą się niedaleko siebie. Dzięki temu nie dadzą rady nic knuć.
- A jesteś w stanie to zrobić? I na kiedy?
- Sprawdziłem, szefie, magazynki. Mamy niezbędne moduły elektroniczne, trzeba je tylko złożyć do kupy i oprogramować. Sam nie byłbym w stanie tego zrobić, ale z Harrym i paroma osobami do pomocy – na rano będzie ze dwadzieścia sztuk.
- Wyśmienicie, co wy na to? – Eryk zwrócił się do całej ekipy. Wyraźnie traktował pytanie jako retoryczne i nie oczekiwał odpowiedzi. Jednakże...
- Ja bym ich tam na jajecznicę przerobił.... mruknął Konrad.

42
- Gadi, wyłaź z kąta – potrzebne miejsce dla Kondzia – uporządkował sytuację Eryk.
- I opowiadaj, co ze szpitalikiem. - Wśród naszych nie ma ciężko rannych. Kilka postrzałów w kończyny, kilka połamanych żeber po trafieniach w kamizelki kuloodporne. Aktualnie wszyscy na chodzie. Gorzej wśród bandziorów. Paru jest z poważnymi poparzeniami. Dwóch ma przed sobą najwyżej trzy dni z powodu poparzeń górnych dróg oddechowych. Tym możemy tylko ulżyć. Kolejnych trzech ma szanse wyjścia z tego, ale co przecierpią, to ich. Pozostali mają poparzenia nie przekraczające 15% tudzież rany postrzałowe bez naruszenia istotnych narządów wewnętrznych. W jednym przypadku amputowaliśmy nogę. Sześciu rannych jest już na uruchomionych, w najbliższych dniach dołączy do nich jeszcze czterech. Pozostali wymagają dłuższego leczenia. Albo szybszego pogrzebu. – Gadi skończyła raport, zarumieniona spojrzała na towarzyszy patrzących na nią z zachwytem. Jedynie Konrad, jak zresztą zwykle, musiał wpakować swoje.
- No, no, patrzcie państwo! Tyle powiedziała i nawet się nie zapowietrzyła...
Ale z kąta, w którym ulokował go Eryk prawie nie było tego słychać. A sam szef kończył przeglądać swoje notatki. Podniósł głowę znad kartek, popatrzył na Bogusia:
- Z tego, co zrozumiałem, delikwent nr 4 na waszej liście przesłuchiwanych, niejaki Bergson ma dość negatywne nastawienie do swojego szefostwa, można wręcz rzec, że jest w opozycji, tak?
- Ano zgadza się. – Potwierdził Bogusław.
- W takim razie Bergson będzie szefem konwoju. Odeślemy naszym nocnym gościom kilku bardziej kłopotliwych towarzyszy. Boguś i Konrad – przygotujcie którąś zdobyczną ciężarówkę, paliwo na jakieś 15 km.
- Gadi, przygotuj pacjentów do drogi. Obu umierających, tych trzech niepewnych, amputowanego, i takich, którzy wymagają leczenia ponad dwa tygodnie.
- Szefie, to ich wszystkich wykończy! – Gadi zawsze miała dobre serce.
- Nie wykończy. Zapakuj im komplet antybiotyków, opatrunków i połowę potrzebnych środków przeciwbólowych. W końcu dlaczego my mamy się męczyć z ich rannymi? Jak im tam będą umierać i wyć, to trochę siądzie morale. Zresztą, jeszcze pogadam z tym całym Bergsonem.... Konrad, co z tobą?
Wszyscy spojrzeli w stronę kąta okupowanego przez wzmiankowanego. Po jego policzkach toczyły się łzy wielkie jak kogucie jaja. Gadi pierwsza zrozumiała cierpienia młodego Konrada.
- Jemu chodzi o to, że odsyłasz tych umierających...
- Aaa... Załapał Eryk. – Wydajcie mu w takim razie na pocieszenie ze dwie konserwy. Jakieś mielonki czy pasztety.
Podszedł do Kondzia.
- No już się nie mazgaj – pogłaskał go ostrożnie po głowie.
Ale Konrad był już myślami gdzie indziej. Łakomym wzrokiem wodził za krukiem spacerującym po parapecie, i uśmiechał się coraz szerzej.
- Daj spokój – powiedział Alastor - Keiko Yoshi szykuje już jakąś ekstra kolację. Raz zjedz jak człowiek!

43 - No dobrze. Kończymy tę nasiadówkę - podsumował Eryk. – Wszyscy wiedzą, co mają robić, więc czekam na efekty. Zbyszko, przyprowadź mi z łaski swojej tego Bergsona. Ale nie tu, tylko do gabinetu.
Wszyscy powoli opuszczali salę, Boguś zagarnął ze sobą Albona.
- Chodź, pomożesz nam przy ciężarówce. W końcu jesteś specem od hamulców. A i wydech trzeba sprawdzić, żeby coś nie pękło.
Tymczasem Eryk w gabinecie odgrzał swoją porcję kawy i smakując ją na języku pogrążył się we wspomnieniach. Ale nie na długo. Drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wtargnął Zbyszko, wlokący jakiegoś osobnika.
- Czyżbym miał przyjemność powitać pana Bergsona? - Zapytał Eryk uprzejmie.
Odpowiedzią było tylko wrogie spojrzenie. Dopiero Zbyszko przerwał ciszę.
- Tak, jak sobie życzyłeś, Szefie. Zostawić was samych?
Eryk przez moment przyglądał się delikwentowi. Wysoki, szczupły, łysiejący. Nie był ranny, jednakże siniaki dowodziły, że nie poddał się bez walki. Pod zniszczonym, ale w miarę czystym ubraniem rysowały się silne mięśnie. Zniszczone ręce sugerowały przyzwyczajenie do ciężkiej pracy.
- Nie, zostań. Pogadamy we trójkę, będzie sympatyczniej. Napijecie się kawy?
Zbyszko gwałtownie zaprotestował, natomiast ich gość podniósł głowę i w jego oczach po raz pierwszy od chwili uwięzienia błysnęło zainteresowanie.
- Prawdziwa? – zapytał z nadzieją.
- Najprawdziwsza. – potwierdził żarliwie Zbyszko. - Gwarantowana przez naszego świętej pamięci Rektora.
Dalsze wywody przerwał mu jednak Eryk.
- Może pan coś powie o sobie? Ile ma pan lat?
- 39
- a co pan robił, zanim się to wszystko zaczęło?
Bergson spuścił głowę, wdychał aromat kawy. Eryk nie poganiał. Chwilę milczeli. Zapadający zmrok ułatwiał rozmowę.
- Miał pan jakąś rodzinę? Pracę?
- Miałem... Wszystko miałem. Miałem taką małą firmę informatyczną, pracowaliśmy z żoną i kilkoma osobami. Nie duża, ale wystarczało na normalne życie, dom, samochód...
- No to ma pan daleką drogę za sobą. Co z żoną?
- Nie żyje. Synek też.
- Jak to się stało?
Kawa stygła powoli. Upili po kilka łyków.
- Jak Sieć się rozpadła, w mieście szybko zaczęło brakować jedzenia, paliwa, zaczęły się rozboje... Postanowiliśmy przeczekać na zaprzyjaźnionej farmie. Ale było coraz gorzej. Bez prądu, paliwa, maszyn musieliśmy wszystko robić ręcznie. A potem pojawiły się bandy. Broniliśmy się, ufortyfikowaliśmy farmę. Ale za którymś razem się nie udało. Zabili kilku naszych, pozostałych skatowali. I zabrali wszystko. Zwierzęta, jedzenie, leki. Synek umarł mi na rękach... Nie mogłem mu pomóc. Miał tylko 4 lata. Potem żona... Nie wytrzymała tego. Znalazłem ją w lesie za farmą. Przed kolejną bandą się nie broniłem. Po prostu poszedłem z nimi.

44


- W ten sposób stał się pan taki jak oni.
- I co z tego?
- Co? Chodźmy do naszego szpitalika. Ciekawe, czy pańscy na wpół upieczeni koledzy nadal uważają, że to dobry sposób na życie. Zwłaszcza, gdy niespodziewanie znaleźli się w sytuacji, w której nas chcieli ustawić.
Eryk przez moment zawahał się, patrząc na Zbyszka. Ten kiwnął głową, klepiąc się po kieszeni. Bergson uśmiechnął się gorzko.
- Nie będę uciekał...
Eryk otworzył drzwi, wyszedł pierwszy. Poprowadził ich dwa piętra niżej, do sali przerobionej na prowizoryczny szpital.
- Jak on ma na imię? – Eryk wskazał osobnika zabandażowanego na mumię, w którego półprzytomnych oczach czaił się ból i strach.
- to... Bergson zawahał się moment – to Ernest.
- Powinien dożyć do rana. A jak będzie miał pecha, to pomęczy się jeszcze kilkanaście godzin. – Eryk podszedł do kolejnego łóżka. –
- Podobnie ten....  Rano zapakujemy ich do ciężarówki. A ty będziesz kierowcą. Pojedziesz do swoich, z prezentem od nas.
Bergson patrzył chwilkę zaskoczony.
- Puszczasz nas?
- Tak. Nie wszystkich, ale ciebie puszczę.
- Dlaczego? – Bergson nie wyglądał na zachwyconego. Wietrzył pułapkę.
- Powiedzmy widzę możliwości współpracy z tobą jako przywódcą waszej grupy. Pomyśl.. Ale tymczasem, Zbyszko, odprowadź Bergsona do aresztu.
Eryk został sam. Powiódł wzrokiem po postaciach wyciągniętych na łóżkach. Podszedł do telefonu.
- Konrad, możesz na moment zajrzeć do mnie?
Po czym poczłapał na górę.
Do swojego gabinetu dotarł równo z Kondziem, który dziarsko wbiegł po schodach.
- Ech, młodość... – mruknął z żalem.
- Słucham, szefie? - Podchwycił zgrabnie Konrad.
- Co z ciężarówką?
- Przygotowaliśmy jednego grata, paliwa ma na jakieś 20 km. Przed odjazdem do chłodnicy dolejemy kwas.
- A to po co?
- Ano, nawet jak mają paliwo, to już nigdzie potem nie pojadą tą maszyną – Konrad dumnie spoglądał na Eryka.
- No dobrze. Widzę, że to twoja inicjatywa. To wymyśl jeszcze coś. Chcę wiedzieć, gdzie pojechała ciężarówka i chcę zdalnie otworzyć pojemnik w tej ciężarówce.
- Rozumiem, że dyskretnie?
- Tylko lokalizacja. Pojemnik pojedzie oficjalnie.
- Dobrze, nie ma problemu. Wezmę stare moduły telefoniczne i zaprogramuję.
- Zdążysz na rano?
- Zdążę do kolacji!
- A właśnie – gdzie podziała się Keiko?
- To ja lecę! – Konrad wyraźnie nie chciał kontynuować tego tematu.
Wypadł z pokoju i poszedł przekopywać magazynek. Wypełniwszy kieszenie płytkami GSM, wrócił do siebie na górę. Przez chwilę nasłuchiwał. Zamknął drzwi. Na klucz. Zasunął dodatkowo szafą. Zasłonił okno. Zgasił światło. Potknął się, zaklął szpetnie po francusku, stwierdził że to przesada. Włączył światło z powrotem. Nasłuchiwał ponownie. Podniósł materac, uchylił dyskretne rozcięcie. Z wnętrza, delikatnie, z nabożnym szacunkiem wyciągnął dyskretnie połyskujący elegancką czernią przedmiot. Przez chwilę głaskał i obracał w dłoniach swój największy skarb. Gdybyż tyle uczucia potrafił poświęcić ludziom... Jednak prawdziwy świat Konrada, ukrywany latami przed wszystkimi to było to cacko. Ostatni model MacBooka. Nigdy nie zdążył ukazać się na rynku. Jak trafił do Konrada, lepiej nie wnikać. Wiele lat ukrywany, sekret mrocznej duszy, dalej pozostałby tajemnicą, gdyby nie narrator. Teraz, pomimo zamkniętych drzwi i zasłoniętych okien, każdy może poznać to, co Kondziu latami ukrywał w materacu.
A ten, nieświadom obecności narratora, włączył zasilanie, załadował Ubuntu, zamontował napędy, skompilował pakiety, wyinstalował parę starszych, zainstalował ponownie współzależne. Po półgodzinie z ulgą podłączył kable i zaczął programować pierwszą płytkę. Niestety, system rozpoznał ją jako zdalną konsolę i przekazał sterowanie. Konrad chciał zazgrzytać zębami, ale te były już zbyt zdarte. Rozejrzał się więc tylko, sprawdził, czy szafa dostatecznie blokuje drzwi, okno dobezpieczył kocem. Ze ściśniętym, przepełnionym strachem sercem wyciągnął krążek instalacyjny Windows Galactica i odpalił w Macu. Trzy minuty później kończył programować ostatni moduł GSM.
- Jeszcze zdążę na kolację - mruknął.
- Ech, Gates, on to miał łeb! Chciałbym mieć taką głowę...
Przez następne pół godziny przywrócił Ubuntu i usunął ślady windowsa. Pochował wszystko starannie, zdjął z okna koc, odstawił szafę na miejsce i poszedł zamontować moduły w ciężarówce.
Tkwił tam jeszcze Boguś. Na jego pytające spojrzenie Konrad wyjaśnił:
- Przygotowałem moduły dla Eryka. Momentalnie się to programuje pod Ubuntu.
- A nie wolałeś pod windowsami?
- No wiesz?! - oburzył się Konrad

45

 

Następnego dnia towarzystwo snuło się dziwnie zwarzone. Powoli wszyscy schodzili się do jadalni. Głodni. Bardzo.
- Co się stało z wczorajszą kolacją? – zapytał Eryk, wchłaniając łapczywie miskę owsianki.
- No właśnie, Keiko miała coś przygotować – Bogusław wynurzył się ze swojego talerza
– gdzie ona w ogóle się podziała?
Konrad zakrztusił się. Rozejrzał spłoszonym wzrokiem po otoczeniu. Na czole błysnęły mu krople potu.
- Wiecie, miałem straszny sen! - wyrzęził, próbując zmienić temat.
O dziwo, zaskoczyło. Ogłuszające dzwonienie łyżek zamieniło się w dzwoniącą ciszę.
- Ja też miałem straszny sen. Śniło mi się, że szlag nas trafił... – podchwycił Eryk
Bogusław pobladł.
-Niemożliwe... Mnie obudził koszmar, że Instytut upadł, a my musieliśmy ruszyć w świat.
Głosy narastały, wszyscy przekrzykiwali się uzgadniając szczegóły snu. Szczęśliwi, że horror nocny był tylko marą, próbowali znaleźć racjonalne wyjaśnienie. Jedynie Alastor smutno patrzył w swoją, krzepnącą z wolna owsiankę... Eryk rozwijał katastrofalne wizje ze swego snu, Boguś potakiwał, dorzucając szczegóły. Atmosfera wyraźnie uległa poprawie. Wszyscy z ulgą zrzucali z siebie całun nocnego koszmaru. Eryk patrzył z zadowoleniem na swoje owieczki. Alastor...
- Alastor, a ty czemu jesteś taki smętny? Owsianka w zęby kłuje?
- niee... wszystko dobrze...
- mnie chcesz nabrać? Co się stało?
- Nic, ja miałem trochę inny sen. Trochę żałuję... fajny był...
- Opowiedz.
- Nie.
- Opowiedz, wszyscy mówią... To pomaga, i szkoda czasu na proszenie.
- Śniło mi się, że uratowałem nasz Instytut. – Alastor zaczął zmieszany.
- Wiecie, takie młodzieńcze sny o bohaterstwie... Że pokierowałem Instytutem i takie różne... Nawet miałem świetne pomysły, które się wszystkim podobały. A potem się okazało, że to był sen... No, to już wiecie, dlaczego jestem skiśnięty. Jeszcze sobie marzę...
Alastor, lekko zarumieniony, wlepiał wzrok w talerz. Eryk spojrzał pytająco na Bogusia. Ten dyskretnie skinął głową.
- Wiesz, co? Myśl piękna... Od dawna przydałby mi się zastępca. Ktoś młody, dynamiczny, ze świeżymi pomysłami i chęciami. Nadawałbyś się! Wchodzisz w ten interes?
Alastor prawie uniósł się w powietrze. Nie mogąc złapać tchu kiwał tylko entuzjastycznie głową, wybałuszając oczy. Wszyscy zaczęli się przekrzykiwać, gratulować. Harry dopadł go pierwszy, podniósł do góry.
- Cudownie! Gratuluję! Jesteś najlepszy do tego!
Pozostali przepychali się do Alastora, ściskali, gratulowali, deklarowali pomoc. Z porannego, smętnego nastroju nic nie pozostało. Śmiech i krzyki roznosiły się po całym budynku, przez otwarte okna rozlewały po ogrodach. Piękna pogoda podtrzymywała powszechny entuzjazm.
W porannym słońcu wynędzniały kruk chodził powoli dookoła szczątków swojego gniazda, poniewierających się na trawniku... Potrząsał łebkiem, jakby próbując obudzić się ze snu.

46


A w jadalni tymczasem entuzjazm sięgał zenitu. Jedynie Albon klął pod nosem, zeskrobując owsiankę z krawata. Co go podkusiło? Przecież nigdy nie nosił tej idiotycznej pseudoozdoby...  Konrad z błyszczącymi oczami skakał dookoła Alastora. W końcu nie wytrzymał i rozryczał się na dobre.
- Ja też chcę być kimś ważnym... Tak jak Alastor... Proszę! Szefie!
Harry spojrzał z wyższością.
- Bierz przykład ze mnie! I skończ z tymi szczeniackimi wygłupami...
Kondziu dopadł ręki Eryka.
- Proszę! Ja się przydam! Będę walczył z powagą!
- Może rzeczywiście, bo nam zaraz tu jajko zniesie... – wstawił się za Konradem Alastor.
Konrad uśmiechnął się z wdzięcznością, wypadł z jadalni, i wrócił zanim zebrani zdążyli ochłonąć. W rękach targał stare, zakurzone radio, które od lat – z braku radiostacji – robiło za przycisk do papieru.
- Ja Konrad taki siaki i owaki przyrzekam, że to radio będzie działać! – wydyszał, próbując nadać głosowi monumentalne brzmienie.
Eryk uniósł brew. Zastanowił się, Nie ta. Opuścił, uniósł drugą. Teraz dobrze.
- hmm... Musisz jeszcze przyrzec, że przestaniesz używać brzydkich słów.
Konrad zamarł zmrożony.
- Czy to konieczne? - Wyszeptał łamiącym się głosem.
- Tak! – Eryk był stanowczy. – Staramy się być elitą!
- Trudno. Niech tak będzie! – Kondziu podjął męską decyzję.
- Witamy w klubie! – Alastor pierwszy podszedł z gratulacjami. - Czyżby nam wyszła trójwładza? Taki triumwirat?
- No chyba faktycznie... Rzekł z namysłem Eryk. – Może napijmy się kawy z tej okazji?
- Nieeee! – wrzasnął Konrad.

47

Minęło trochę czasu. Wiele się działo, i może kiedyś ktoś to opisze. A może i nie. Ktoś się bawił przestrzenią, majstrował przy jej wymiarach,  uginał ją, naciągał, aż w końcu wydłubał dziurę w czasie. Wygląda więc na to, że trochę historii nam przepadło. Lecz teraz znowu wszyscy zeszli się w sali odpraw, jak zwykle zresztą. Zbyt ciasno nie było, Eryk wodził wzrokiem po ludziach, jakby sprawdzając w myślach stan. Cos mu się nie zgadzało.
- A tyś kto? – zwrócił się do nadmiarowej osoby.
- A ja to Rafi.
Eryk zmarszczył brwi, pod skórą czoła wspaniale rysowały się bruzdy napiętego w wysiłku mózgu. W końcu zapytał:
- A... skąd się wzięłaś?
- Wyklułam się w Jajeczkowie
- O, to mamy kurę! Zawołał z entuzjazmem Boguś, znany wielbiciel rosołów.
- Oj, Bogusiu, Bogusiu... To nie tak... powiedziała Rafi.
- W Pisankopublice z wykluwają się jajka, pisanki, ale nie kury, prawda Konradzie?
- No tak, zgadza się – mruknął.
- A cos ty taki skiśnięty – zapytał Albon. Wolał skorzystać z okazji i się odezwać, a nuż go znowu nie zauważą...
Konrad wzruszył ramionami.
- Wstyd mu za radio – pośpieszyła z wyjaśnieniem Gadi.
- Prędzej mi tu róża wyrośnie, niż Kondziu radio uruchomi – dodał Bogusław.
- Nie męczcie biedaka – ujął się za nim Harry – bo skończy jak Keiko...
- Właśnie, a co z nią? – Eryk zwrócił się do Alastora
- Stwierdziliśmy daleko posunięte zwielokrotnienie osobowości. Dotychczas wykryliśmy trzy. Ale najważniejsze, że Keiko jest szczęśliwa. Wcale jej nie przeszkadza być równocześnie Matyldą z biedronnkowymi nóżkami.
- Jakie są rokowania?
- Dobre, szefie. Udało nam się uniknąć najgorszego, nie kłuci się sama ze sobą. Gadi jej matkuje, sądzimy, że będzie dobrze.
Ale Eryk już nie słuchał. Coś mu się nie zgadzało. No tak. Nigdzie nie widać parszywego łba kruka. Nareszcie. Nawet trawnika nie szpeciły już szczątki gniazda. Spokój.
I nagle myśl straszna zjeżyła mu włosy: on coś kombinuje....

48

Nastały długie słotne, jesienne dni... Brak słońca i świeżych owoców zniechęcał do poważniejszej aktywności. W korytarzach Instytut rozbrzmiewała cisza i huczało milczenie. Niskie temperatury radykalnie spowolniły przemianę materii.
Tomek Scott ze zdumieniem rozglądał się dookoła. Nasłuchiwał... Ciszę zakłócało jedynie cichutkie popiskiwanie i jakiś chrzęst, na granicy słyszalności... Skierował się w tamtą stronę. Chrzęst budził jakieś niejasne skojarzenia, trącał strunę atawistycznego lęku. Tomek poczuł na całym ciele gęsią skórkę. Zatrzymał się niepewnie, wpatrując w nieoświetlony załom korytarza. Nagle wszystkie włosy stanęły mu dęba. Wprost na niego kroczył rycerz w pełnej zbroi. Rycerz też zauważył przeszkodę. Próbował zahamować lub przynajmniej zmienić kierunek, ale wyślizgana współczesna podłoga nie dała wystarczającego oparcia. Z niesamowitym hukiem zwalił się na podłogę, wzbijając kłęby kurzu i rdzy.
Przez dłuższą chwilę jedynym ruchomym czynnikiem była fala akustyczna, odbijająca się tam i z powrotem po korytarzu. W końcu żelastwo przemówiło.
- No co tak patrzysz? Pomóż wstać!
Tomaszowi krew powoli rozcieńczała adrenalinę. Włosy ułożyły się ponownie w charakterystyczny loczek. Na zesztywniałych nogach podszedł do sterty blach i probował dźwignąć.
- Nie za nogę! - warknęły.
- O, przepraszam – zmieszał się i sięgnął po inny kawałek. Pociągnął. Poszło. Ukazała się wściekła twarz Konrada.
- No dobrze. To ściągamy pozostałe – zadecydowała.
Po chwili stali obaj otoczeni stertą złomu.
Tomasz uspokoił się całkiem, nadnercza przestały zalewać go adrenaliną.
- Co ty wyczyniałeś?
- Nudzę się... - wyjaśnił rzeczowo Konrad.
- Jak to się nudzisz? Gdzie pozostali?
- no właśnie. Wszyscy zajmują się jakimiś durnymi sprawami, nikt nie chce się ze mną pobawić.... - Konradowi usta zaczęły wyginać się w podkówkę .. Tomek w panice próbował go zagadać.
- Gdzie Eryk?
- U siebie. Odkąd temperatura spadła, praktycznie nie wychodzi... Jak żółw.
- A inni? Gadi, Alastor, Harry, Rafi?, Albon? Matylda, Boguś? Pozostali?
- Każde zajęło się swoimi sprawami. Gadi na przykład zatrzasnęła się w... w... no wiesz... – Konrad zaczerwienił się i wyszeptał: - w toalecie...
- Ona? Taka przewidująca, wręcz jasnowidząca?
- Nie jest tak źle. Coś przeczuwała, bo wzięła zapas książek i kanapki.
- A dlaczego nie uwolniliście jej dotychczas?
- Nie ma kto.
- Jak to! Alastor, Harry, Ty...
- Ja nie mogę, bo się nudzę. A Alastor i Harry oddali się pracy naukowej. Alastor postanowił pomalować wstęgę Mobiusa.
- No to co?
- Każdą stronę na inny kolor...
- Acha... Trudno. A Harry?
- Poszedł sprawdzić, czy to prawda, że dwie proste równoległe przecinają się w nieskończoności. To już będzie z miesiąc jak podjął tę heroiczną wyprawę...

49

- A co z Albonem?
- Bywa, bywa... Czasami.
- A Matylda?
- Ciii... – Przerwał Konrad i zaczął nasłuchiwać. Znowu rozległo się cichutkie popiskiwanie, takie same jak na początku niniejszego odcinka. Kondziu bezszelestnie ruszył korytarzem, starając się namierzyć tajemniczy dźwięk. Chwilę później z niedowierzaniem stał przed drzwiami Bogusia. Stamtąd ów dźwięk się wydobywał. Jakby płacz stłumiony... Delikatnie otworzył drzwi... Zamknął. Po chwili, gdy już odzyskał mowę, odezwał się do Tomka:
- sprawdź ty, ja mam chyba omamy...
Tomek dzielnie otworzył drzwi i wszedł do środka. Zamknąć już nie miał siły. Korytarz wypełniło rozpaczliwe kwilenie dzieciątka. Konrad odważnie podążył za Tomaszem. W pokoju, na najlepszej z otoman siedział Boguś, w towarzystwie noworodka.
Podniósł zrozpaczony wzrok na wchodzących.
- No dlaczego Antoś tak płacze?
- Może głodny? – wydukał Kondziu..
- Nie... zaprzeczył Boguś. Wrąbał przed chwilą całego schabowego z kapuchą, popił piwem i się zesikał. Ja jestem głodny, bo to był mój obiad... A ja nie płaczę!
- A w ogóle to skąd wziąłeś to dziecko? Może trzeba poszukać rodziców? – Tomasz zaczął myśleć.
- To moje! Warknął Boguś i spojrzał wrogo na zaskoczonych kolegów.
- Jak to „twoje”, urodziłeś?
- Nie wiem jak, ale moje! – Bogusław rozluźnił się trochę, widząc, że nikt mu nie próbuje zabierać Antosia.
- Mam pewne przypuszczenia – kontynuował cicho – śnią mi się czasem takie sny... Śni mi się Anna... Piękna, dobra... To są przyjemne sny. Niektóre nawet bardzo przyjemne. Ja myślę, że to właśnie jest skutek. Uśmiechnął się i spojrzał z czułością na Antosia. Ten od chwili nie płakał i przyglądał się z zainteresowaniem towarzystwu.
- A ja wiem, dlaczego płacze – oznajmił triumfująco Konrad – Nudzi się!
- No tak – mruknął Tomek. - Wie z autopsji...
- Chyba nie, zaoponował Boguś. Czytałem mu książki...
Konrad zlustrował biurko. „Podstawy systemów operacyjnych”, Assembler dla naiwnych”, „Radość kompilacji”...
- Te? - Zapytał z miażdżącą ironią - To dlatego płakał. Ja mu opowiem bajkę! Zorganizujcie tylko jakąś kawkę...
Konrad rozsiadł się wygodnie i zaczął opowiadać...

50

- Dawno, dawno temu nie było nic. Tak całkiem. Nie było nawet niczego. Był tylko marchwizm. Skręcony poza wszelkie wyobrażenia, naprężony. I stało się to, co stać się musiało. W nieskończenie krótkim ułamku sekundy powstało NIC, Było potrzebne, aby pomieścić osobliwość.
- Wiesz, Antosiu, co to jest osobliwość?
- Tak. Obszar, gdzie czucie i wiara mogą więcej niż szkiełko i oko.
Bogusiowi opadła szczęka. Gdy razem z Tomaszem mocowali ją na miejscu, Konrad kontynuował:
- Tak. Masz rację Antosiu. W tym momencie marchwizm przekształcił się z potencjalnej możliwości w fakt. Przez niesłychanie krótkie mgnienie był lekko zdezorientowany tą zmianą. Następnie, trochę ochłonąwszy, postanowił zrobić porządek.
- Wiesz, Antosiu, co to jest porządek? – Buzia Antosia natychmiast przybrała płaczliwy wyraz.
- Zresztą nieważne… Kontynuujmy. Marchwizm rozejrzał się i stworzył wymiary, aby móc wszystko wymierzyć. I stworzył ich dużo. I wziął 6 z nich i zwinął je w kulkę i powiedział, że są złe. I wiedział już, że kiedyś żałować tego będzie, ale tak chciał. Wziął też pozostałe cztery wymiary, obejrzał je i wybrał ten jeden, najważniejszy, i uczynił go najdłuższym. I wokół tego wymiaru zaczął układać warstwy praw swych. A czas płynął. Dla nas to niewyobrażalnie mała chwilka, błysk, a Marchwizm potrafił zwiększyć zakres swojego panowania miliardy razy. Potrzebował przestrzeni, aby wokół świętego wymiaru zwijać materię praw. A gdy skończył, przeniknął twór energią, napełnił cząstkami lżejszymi niż duch i rzekł:
„Tyś jest Por. Powstałeś ze mnie i mną jesteś. Czyń na moją chwałę”
I przeniknął Pora i stali się jednym.
Por drgnął. Tak minęła pierwsza sekunda świata.
Konrad zamilkł. Antoś spał spokojnie na kolanach Bogusia. Duża, ciepła plama obejmowała już nie tylko śpioszki i spodnie taty ale także najpiękniejszą z otoman.
Tomek wziął za ramię Kondzia.
- Idziemy. Niech śpi.
W drzwiach stał zasłuchany Alastor.
- Eee… tego… nie widzieliście gdzieś farby? – szepnął.

51

Wyszli we trzech na korytarz. Kilka osób zwabionych hałasem czekało w pobliżu.
- Co się dzieje? – Eryk wypełzł ze swego grobowca i rozglądał się po korytarzu.
- Zobacz sam. – Alastor wskazał drzwi – Tylko cichutko!
Niewtajemniczeni zebrali się przy wąskiej szparze, próbując cokolwiek zobaczyć w środku.
Rafi pierwsza zorientowała się w sytuacji. Zapiszczała, zasłoniła usta…
- Ja też takie chcę… - wyszeptała
Alastor spojrzał na nią z nowym zainteresowaniem. Zaczerwieniła się.
- Eee. tego…. Skoczę po kawę – powiedziała, i na wszelki wypadek się ewakuowała.
- Skąd ty masz takie pomysły? Tomek szturchnął Konrada w bok.
- Jakie?
- No, ta bajka…
- A, to… Czytam do poduszki jajkologię po prostu.
Tymczasem Boguś, ignorując całe zamieszanie, suszył spodnie za oknem, ignorując deszcz. Ciekawe, gdzie jest kruk, pomyślał, na widok łażącego po polu wilka z piórami na pysku. Może wreszcie będzie spokój?

52

Alastor stał zrezygnowany, z opuszczonymi rękami. Po policzku toczyła się duża łza...
- Co Ci się stało? – przytulił go Eryk
- Wszystko.
- Co wszystko?
- No, wszystko mi znika... Farba - znikła, Rafi – znikła. – wyszeptał smutno
- Jaka farba? – zainteresował się Albon – niebieska?
- Tak, wiesz coś na ten temat? – ożywił się Alastor
- Nooo... Myślę, że jak znajdziesz Rafi, to znajdziesz farbę.
- Jak mam to rozumieć? I gdzie?
- Obiecywałem nie mówić, że na parterze.. ops... Albon zasłonił usta ręką, ale było już po ptokach.
Wszyscy potruchtali w stronę schodów, a potem na parter. Faktycznie. W holu głównym zastali farbę i Rafi. Farba była na ścianie, a Rafi obok. Nanosiła poprawki na ogromnego błękitnego kruka, wymalowanego na całej ścianie.
Słysząc ruch, odwróciła się spłoszona.
- Jak mogłaś! To była farba na moją wstęgę Mobiusa, a ty wszystko na tego kruka... – rozdzierająco zawołał Alastor.
- Chciałam namalować ciebie, ale nie znalazłam złotej... była już tylko błękitna.
Reszta towarzystwa przyglądała się w milczeniu. Wielki kruk zajmował górował nad nimi i gdyby nie to, że był krukiem, to byłby doprawdy arcydziełem.
- Namalowałam wcześniej jeszcze jeden portret, ale nie powiem jaki, bo będziecie jeszcze bardziej stękać... pochwaliła się nieśmiało Rafi.
- Jaki? - Zainteresował się Eryk, ale nie doczekał odpowiedzi, z góry nadciągał spóźniony Boguś.
- O! Co ja widzę! – zawołał, skupiając na sobie całą uwagę.
- No, co się tak na mnie gapicie? O, żesz... – wymamrotał – Zostawiłem spodnie za oknem....
I pogalopował z powrotem na górę, pokazując, że z tyłu na majtkach też ma słoniki.

53 Tymczasem Kondziu pogalopował na najwyższy szczyt Instytutu i nikt go więcej nie widział. Po dwóch dniach wszczęto poszukiwania: przeszukano jego pokój oraz wszystkie inne znane pomieszczenia w budynku. Nawet na czas poszukiwań wypuszczono Gadi z toalety. Bezskutecznie.

Po tygodniu poszukiwań dyrektor Eryk zwołał zebranie w stołówce.
- Moi mili - zaczął Eryk. - Jak wiecie, gdzieś nam Kondziu wyparował. Poszukujemy go od dobrego tygodnia. I nic!
- Pewnie od nas uciekł... - zanosiła się płaczem Rafi. - Uciekł!
- Nie mógłby uciec: nie przeżyłby nawet dwóch dni! - zaprzeczył Harry, który został w nagrodę wrócony na pięć minut z nieskończoności.
- No, eee, to... uhum... wyparował? - wydukała Gadi. Kiedy zakończyła swe zdanie ziemia zadrżała. Otworzyły się nigdy jeszcze nie otwierane drzwi stołówki będące naprzeciw tych zazwyczaj używanych. Przez drzwi wleciały Pietruszki.
- O mój Porze! Tak jak w Jajkologii! - zachwycił się Kruk. Wtedy za Pietruszkami wbiegł Kondziu troszeczkę zmieszany.
Wyglądał dziwacznie w czerwonym płaszczu, srebrnej zbroi i tym dziwnym czymś, co miał na głowie. To do niego nie pasowało. Gdzie jego stara, zardzewiała zbroja?
- Witam - przywitał się Konrad. - Co się tak na mnie patrzycie?
- No, eee, trochę dziwnie wyglądasz! - krzyknął Albon - Ale to nic takiego!
- No właśnie... - wskazał na Pietruszki. - Te małe cholery... Patrzcie, co ze mnie zrobiły! Zabrały mi moją zboroję i dały to badziewie!
- A gdzie byłeś tak w ogóle? - zagadnął Eryk.
- Tego to ja sam nie wiem! Ale było tam przecudownie... To było wielkie pomieszczenie z mnóstwem ludzi, którzy żyli nie widząc drugich. A na środku stał Por! Sam Por! No i to on kaza tym małym potworkom zrobić ze mnie pajaca!
- A co to? - zapytał Alastor wyciągając z kieszeni płaszcza Konrada małą karteczkę. - "Z woli Porzej, Konrad August, Król Marchewki. Ktokolwiek mu się sprzeciwi, Mnie się sprzeciwi. Albowiem po Jego stronie Ma moc stoi." - wydukał.
- No to fajnie. I jeszcze królika ze mnie zrobili! Wredne stworki! - tupnął Konrad chcąc przestraszyć Pietruszki. - Dobra, rozłazić się ludzie, muszę porozmawiać z Erykiem - powiedział Konrad. Jego humor wracał już na swoje miejsce. Wszyscy się rozeszli, a Kruk uznał, iż należy wysłać Harrego na nowo w nieskończoność. Jednakże mimo wielu prób nie udało się wygonić Pietruszek ani zamknąć drzwi. Zdaje się, że drzwi na Strych zostały na nowo otwarte.

56 W jadalni pozostali tylko Eryk, Konrad i Pietruszki. Dyrektor właśnie dojadał kiełbasę, którą wyjął zza pazuchy, a Konrad siedział w kącie próbując zdjąć zbroję. Nie odzywali się do siebie. Ciszę przerwał Eryk dogryzając pozostałości kiełbasy.
- Więc co chciałeś mi przekazać, Konradzie? - zapytał. Konrad podniósł głowę i odłożył śrubokręt na stół.
- A, tak, już zapomniałem...
- Alzheimer się znalazł - mruknął Eryk, a Konrad odchrząknął.
- No więc, jestem za tym, żeby zwiększyć częstotliwość prób Albona. Im szybciej uda mu się przedostać do systemu, tym lepiej dla nas - zaproponował.
- Nie zgadzam się na to. Albon i tak robi to już za często! - zaprzeczył Dyrektor.
- Pro publico bono! - rzucił Konrad.
- Zrozum to, że Albon nie jest jakąś zabawką, KOMPUTEREM i nie będzie robił tego na zawołanie. Każda taka próba jest dla niego bardzo męcząca.
- Nie zrozumiem! - krzyknął Konrad i wybiegł z jadalni potrącając po drodze Gadi niosącą karton Ketopromu.
- Co jemu się stało? - zapytała Eryka, kiedy weszła do jadalni.
- Znowu wymyśla... Nic się nie stało. Poryczy, poryczy i mu przejdzie - odparł Eryk, gdy wtem do pomieszczenia wkroczył Wilk.
- Witam - rzekł.
- Oooo, jakie piękne stworzenie - zawołała Gadi ze zdumieniem. - Kim jesteś?
- Jestem... Wilkiem, Wilkiem Arktycznym. Na imię mi Rhadmor. - odrzekł Wilk. - Czy mogę u was zamieszkać?
- Oczywiście! Mam całkiem duży, przytulny pokój. Zmieści się tam jeszcze jedna osoba - zaoferowała Gadi.
- A mógłbym? - zapytał nieśmiało Rhadmor.
- Oczywiście! Już przygotuję ci leżenie, poczekaj tu chwilkę - krzyknęła Gadi i wybiegła z jadalni gubiąc po drodze kilkanaście pojemników z ketopromem.

57 Tymczasem Alastor z Albonem popijali soczek z marchewki siedząc w pomieszczeniu, które dawniej musiało służyć za miejsce rozrywki pracowników Instytutu. Na środku stał pęknięty na pół kamienny stolik z głębszymi i mniej głębszymi polami. Na tych polach poustawiane były różne, rózniaste figurki. Po dwóch stronach tego dziwnego urządzenia siedzieli właśnie Albon z Alastorem popijając szoczek z marchewki i będąc jednocześnie w tym pomieszczeniu.
- Równoległobok na ą-dwanaście - rzekł Alastor i przesunął jeden z pionków kilka pól naprzód.
- Hm... masz mnie - stwierdził Albon. - Trójkąt na u-minus siedem - rzekł i zrzucił pionek Alastora na podłogę i z triumfalnym śmiechem postawił na tym polu swoją figurkę.
- Wygrałeś! Już więcej z tobą nie zagram, bo zawsze przegrywam! - zażartował Alastor. - Albonie, może umiesz grać na tym czymś? - zapytał i wskazał palcem na dziwną skrzynkę przy oknie. Wydawało mu się, że Albon jest na tyle stary, że pamięta czasy powstawania Erboki.
- Oczywiście, że umiem - stwierdził stanowczo Albon i jedną ręką podniósł klapę, która zakrywała klawiaturę. - To się nazywa pianino.
- Pijano? - zapytał ze zdziwieniem Alastor.
- Pianino! - rzekł Albon i zagrał skoczną melodyjkę.
- Fajnie... mógłbyś mnie kiedyś nauczyć grać na tym? - zagadnął Ali.
- Nie teraz. Może kiedyś... kiedyś... - stwierdził Albon i wyszedł z pokoju rzucając "sorka, muszę wyjść" do Alastora. Teraz kierował się do gabinetu Eryka. Szedł dłuższą chwilę dłuższym korytarzem, po czym zatrzymał się na dłuższą chwilę i począł dłużej, niż zwykle, pukać w drzwi gabinetu Dyrektora.
- Już otwieram - rzucił Eryk i drzwi zaczęły wydawać różne chrzęsty i stuki, jakby były zamknięte na setki zamków, które Dyrektor próbował po kolei otworzyć. Po chwili wrota się otworzyły.
- O, Albon, miło Cię widzieć. W czym mogę pomóc? - przywitał się Eryk.
- Chciałbym spróbować jeszcze raz - stwierdził Albon, charakterystycznym dla siebie, żołnierskim tonem.
- Czyżbyś spotkał Konrada? - zmartwił się Dyrektor.
- Konrada? Nie. Myślałem, że rozmawiacie.
- Rozmawialiśmy, faktycznie, ale się obraził.
- O co? - zagadnął Albon.
- A tam, nie ważne. No więc, kiedy chcesz zaczynać?
- Jak najszybciej - zdecydował Albon.

58 Konrad wbiegł właśnie do swojego pokoju. Dokładnie zamknął drzwi, zasunął je regałem na wypadek, jakby komuś udało się otworzyć zamek. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Podszedł do okna i je zasłonił. Wyciągnął śrubokręt i zwrócił się do marchewki wiszącej nad drzwiami:
- Pomóż mi zdjąć tą zbroję! Niech tak się stanie, bo mam misję na kolację!
Prośba natychmiast podziałała i zbroja opadła na podłogę nie wydając najcichszego dźwięku. Konrad uśmiechnął się, chociaż przestraszył się na myśl o tej misji.
- Dziękuję bardzo - rzekł ponownie do marchewki i podszedł do łóżka. Tak jak kiedyś, podniósł materac, lecz tym razem nie wyjął MacBooka. Materac odłożył na podłogę. Zapukał trzy razy w drewnianą skrzynkę, która kiedyś musiała mieścić pościel. Na miejscu pokrywy od skrzyni pojawiły się drzwi. Otworzył je i jego oczom ukazały się schody. Posiadał własną piwnicę, tylko taką tajną. Nikt o niej nie wiedział, prócz Konrada oczywiście. Zszedł po schodach, rozejrzał się po małej piwniczce i znalazł to, czego szukał. Zrobił kilka kroków i podszedł do wielkiego pudła. Przyglądał mu się kilkakrotnie, a po dłuższej chwili wtaszczył owy przedmiot po schodach do swojego pokoju.
Przejechał ręką po pudle i starł z niego grubą warstwę kurzu i jego oczom ukazał się wyryty w drewnie napis, który głosił "Konrad August de Cubalibre".
- Ah... Times New Roman - rzekł Konrad gładząc napis i pogrążając się w myślach. Otworzył skrzynię i jego oczom ukazała się sterta książek i różnych dziwnych przedmiotów. Wyciągnął z niej małe, podłużne pudełeczko. Z wielką czcią, niemalże ceremonialnym gestem otworzył je i jego oczom ukazał się ołówek. Tak, taki zwykły ołówek, tyle, że ze złotym wkładem no i gumki nie posiadał.
Machnął ołówkiem i skrzynia automatycznie zamknęła się i pofrunęła z powrotem do piwnicy, drzwi zniknęły, a materac powrócił na swoje prawowite miejsce. Machnął drugi raz i zasłony odsłoniły okno, a regał odkoczył w bok ukazując drzwi, które stały już otwarte.
Wybiegł z pokoju, machnął raz trzeci i drzwi zamknęły się z hukiem.
- Że to jeszcze działa... Ten Dobromir faktycznie był pomysłowy... - mruknął Konrad i ujrzał zbliżającą się do niego Gadi. "Używać z umiarem" przypomniał sobie stare nakazy. - O, cześć. Co Cię tu sprowadza, Gadi?
- No cóż, podobno się z Erykiem pokłóciłeś... Chciałam sprawdzić, czy jeszcze żyjesz. - rzekła Gadi.
- A żyję, żyję - odparł Konrad.
- Więc gdzie się wybierasz? - zagadnęła.
- Ja? No ten, yyy, do Alastora. Chcę z nim pogadać. To idę, do zobaczenia - rzekł i skręcił pospiesznie w najbliższy korytarz.
- Do Alastora to nie tędy! - krzyknęła za nim Gadi, ale on był już daleko.
Stał teraz przy drzwiach do garażu, gdzie od tygodnia oczekiwała na rozkazy Eryka ciężarówka z więźniami. Obejrzał sie za siebie, otworzył drzwi i wszedł do pomieszczenia.
Więźniów codziennie karmiły Gadi i Rafi, przy czym ta pierwsza nie mogąc znieść ich cierpienia zużywała swoje zapasy Ketopromu.
Sprawdził ładunek, odłączył wszelkie niepotrzebne urządzenia, w tym swoje moduły GSM i wsiadł do kabiny. Wyjął ołówek i narysował na szybie mały prostokącik. "Niech to będzie iPhone, ale taki z modułem GPS!" pomyślał. Wtem na szybie ukazał się iPhone, a Konrad poruszając palcami po ekranie włączył stare, wyświechtane już GoogleMaps. Zaczęły ładować się mapy, jednak nagle pojawił się napis "Brak sieci". Musiał jechać teraz na wyczucie, ale miał mapy.
Wprawdzie kluczy do ciężarówki nie miał, ale od czego miał ołówek? Odpalił silnik i przejechał prosto przez bramę nawet jej nie uszkadzając.
Błądził po mieście pół godziny, co rusz trafiając na barykady, zerwane mosty. Całe miasto leżało w gruzach. W końcu udało mu się trafić do miejsca przeznaczenia.
- iPhone'a im zostawię, niech się cieszą, ale silnik rozwalę - zadecydował i z silnika zaczął wydobywać się dym. Wyszedł z ciężarówki, schował się między gruzami i narysował lustro, po czym w nie skoczył. W tym samym momencie, może ułamek sekundy później wylądował w swoim pokoju.
Lustra były najszybszą metodą przedostania się w inne miejsce, jednakże bardzo niebezpieczną. Raz utworzonego połączenia między lustrami nie dało się zerwać. Któreś z nich musiało zostać zniszczone. Konrad nie mając innego wyboru rzucił krzesłem w lustro, z któego przed chwilą wyszedł chcąc zamknąć połączenie. Była to czynność, przy której specjalnie nie użył ołówka. Wiedział, że gdy uda mu się w przyszłości zniszczyć drugie lustro, jego własne samo się naprawi. Gdyby zniszczył je teraz ołówkiem, to nie udałoby mu się go już nigdy naprawić. Z szacunkiem odłożył ołówek na miejsce modląc się, by nie musiał już nigdy więcej go używać.

W międzyczasie:

W Gabinecie Eryka Dyrektor rozmawia z Albonem na temat planu przedostania się do systemu. Do pokoju wbiegł zdyszany Boguś.
- Konrad uciekł! Razem z więźniami. Nie wiem, co sobie ten gówniarz myśli, ale kiedy wróci to dostanie za swoje... - wykrzyczał jednym tchem.
- Uciekł? A gdzie Antoś? - zapytał Eryk.
- Antoś? Gadi się nim zajmuje - odpowiedział Bogusław. - Ale nie ma Konrada. Powinienem jakoś zabezpieczyć samochód. Eryku, gdzie są klucze? - na to pytanie Dyrektor wsadził rękę do kieszeni, wyjął klucze i podzwonił, niczym dzwoneczkami, przed swoim nosem.
- Są u mnie. Jedyne, co można zrobić teraz, to czekać.
Minęło kilkanaście minut i w drzwiach gabinetu stanął on. Konrad.
- Cześć. Czemu macie takie smutne miny? - zagadanął wesoło. Boguś nie odpowiedział, tylko rzucił w Konrada krzesłem. Ten zapominając, iż nie ma zbroi na sobie, nie odskoczył i dostał krzesłem prosto w nos.
- Ładnie to tak? Zostawiasz nas samych w niepewności. Mogło ci się coś stać - rzekł poddenerwowany Eryk.
- Ale żyję - odpowiedział Konrad hamująć krwotok z nosa. - A teraz sobie już pójdę. Trzeba to jakoś poskładać w całość.
- A idź! I nie wracaj! Nie mam już cierpliwości do ciebie! - wykrzyczał za nim Boguś.

59 Chwilę potem Eryk zbierał pracowników do uruchomienia konsól. Po ostatnim podłączeniu zostały kompletnie przeprogramowane przez Harrego, zanim ten zniknął. Jego miejsce zajął Alastor. Przy drugiej konsoli, jak zawsze, siedział Boguś. Ale teraz, po przeróbce Harrego, do sieci wewnętrznej Instytutu, podłączone były trzy konsole, przynajmniej z tego pomieszczenia. Jednak, nie była to zwykła konsola. Konrad przytargał ze swojego pokoju starego iMaka z ostatniej serii, tego z procesorem Intel Core 7 Quattro. Komputer był tak zaprogramowany, że reagował tylko na swojego właściciela. Innym, próbującym go odpalić, zapodawał Windowsa 98.
- Systemy włączone... - raportował Alastor. Całą sytuacją kierował Dyrektor, a Albon zajmował swoje miejsce na kozetce. Nikogo więcej w sali nie było. - Ładuję modele przestrzeni... Sprzęgam Albona... gotowe. Wchodzę do sieci... Brawo, jest!
- Eryku, patrz na odczyty! Rejestrujemy tylko trzy pingi na sekundę. Czy to nie podejrzane? - upewnił się Boguś spoglądając ze zmartwieniem na swój monitor.
- Na razie jest bezpiecznie, niech Albon rozpoczyna - zadecydował Dyrektor.

60 Albon znajdował się w tym samym pomieszczeniu, co podczas ostatniej podróży, tylko o tym jeszcze nie wiedział. Leżał, jak poprzednio, na łóżku. Nie wiedział, gdzie dokładnie się znajdował. Odczekał chwilę i usiadł. Nie widział niczego dokładnie: wszystko było jakby spowite mgłą. 'Gdzie ja jestem?', pomyślał, 'Co ja tu robię?'.

- Synchronizacja zakończona pomyślnie - zakomunikował Alastor.

Mgła opadła. Dalej siedział na łóżku. Pokój, choć ten sam, zmienił się. Na ścianie, przy którym stało biurko, widniał duży napis namalowany czerwonym spray'em. "Nowy komputer Ci wstawiłem, bo tamten już nie działał". 'Ach ten Konrad...', warknął Albon, 'Znowu coś wymyśla... Jakby ten komputer był tutaj najważniejszy'. W tej chwili napis zmienił swe brzmienie na "Bo jest!". Albon uśmiechnął się i wstał.

- Co ten Konrad tam wyrabia? Co on sobie myśli? W ogóle, to gdzie on jest? - zdenerwował się Eryk.
- Nie wiem gdzie jest, tu go nie ma. Musiał się jakoś przedostać do systemu - warknął Boguś zza konsoli.
Wtem do pomieszczenia weszła Gadi.
- I jak? - zapytała.
- No cóż, właśnie zsynchronizowaliśmy Albona, ale Konrad się wydurnia.
- Konrad? Przecież odłączyłam mu sieć... Dwa dni temu. Nie ma innej możliwości przedostania się do systemu.
- A więc kto...? Kto się bawi? - zapytał zdenerwowany Eryk.

61 Nagle Albon przypomniał sobie, po co właściwie przybył do tego pokoju. Wstał, podszedł do drzwi i złapał za klamkę, ale nagle ją puścił. Była gorąca, parzyła go. 'I co teraz?' zapytał. Notes, który leżał na biurku, zatrząsł się. Otworzył go gdzieś w połowie. Wśród róznych kontaktów i adresów pojawił się napis. Albon rozpoznał w nim charakter Bogusia. 'Ktoś się bawi Siecią'.

- Eryku, co teraz? - zamartwił się Alastor. - Co robimy?
- Spróbujcie zrobić coś z tymi drzwiami - zadecydował Dyrektor. Nastała chwila ciszy, która była przerywana jedynie stukotem klawiatur Bogusia i Alka.
- Nie idzie. System odmawia edycji właściwości drzwi - sztywno zakomunikował Boguś.
- Albon musi podświadomie nie chcieć się spotkać z Alicją. Póki on się do tego nie przekona, nic nie zrobimy - zaskoczyła wszystkich Gadi. - Alastorku, pozwól - Alastor posłusznie opuścił swój fotel, po czym zajęła go Gadi. Poklikała, postukała i wydała werdykt - Myliłam się jednak. To nie z winy Albona nie otworzymy drzwi. Ktoś ma dostęp do niższych poziomów Sieci - Boguś spojrzał na nią niejasnym wzrokiem. - Coś jak assembler dla komputera! - zabłysnęła swoją wiedzą.
- W takim razie czekamy na rozwój wydarzeń - rzekł Eryk. - A, Gadi, jestem ciekawy, skąd to wszystko wiesz?
- Eee... Konrad ma stos takich starych ksiąg... Kiedyś mi pożyczył, pamiętacie, jak się zamknęłam w toalecie?
- Tak, tak, Gadi. Jesteś wolna, tak, oczywiście, eee, tak, jasne, okej... - niemrawo rzekł Eryk.
- Eryku, co się dzieje? - zapytał Alastor.
- Nic, nie ważne, zaraz wrócę - rzucił i wybiegł z pokoju. Skierował się teraz prosto do swojego gabinetu, lecz w połowie drogi skręcił w korytarz, ten trzeci po prawej. Był to jeden z tych dziwnych korytarzy, których podłoga opadała coraz niżej, gdy coraz dłużej się nimi wędrowało. Szedł w dół dobre pięć minut. Doszedł do końca, po czym począł skrzętnie badać ścianę korytarza.

62

Dni mijały spokojnie, przerywane jedynie posiłkami i – sporadycznie – zatruciami pokarmowymi. Z nudów wymyślano coraz to głupsze rozrywki.
Nastała moda na duchy. Szczególną furorę robiła historia o niewysokim, smutnym panu w szarym kapeluszu, z wyświechtaną teczką pod pachą. Lista jego wielbicieli wzrastała z dnia na dzień. Coraz to kolejne osoby zarzekały się, że osobiście go widziały i w zacietrzewieniu rwały włosy i ogony oponentom.
Można by rzec, iż personel Instytutu zaczął powoli dzielić się na wierzących i niewierzących.
Wierzący nawet, pod wodzą Konrada, zorganizowali radio, aby rozpowszechniać historie o Panu z Teczką wśród sceptycznych. I kroił się rozłam okrutny, spędzający sen z ócz szefowych…

Eryk krążył po korytarzach coraz bardziej zmartwiony sytuacją. W małym, odizolowanym środowisku głupia zabawa zaczęła przeradzać się w otwarty konflikt. Wszedł do gabinetu. Sięgnął po książkę o rozwiązywaniu problemów w małych, odizolowanych środowiskach.
Nie dane było mu jednak spokojnie poczytać. Kątem oka zauważył ruch klamki, drzwi zaczęły się powoli uchylać. Eryk poczuł, jak jeżą mu się włosy na karku. Próbował zawołać, ale z gardła wydobyło mu się jedynie chrząknięcie. Wówczas drzwi otworzyły się energiczniej
- Dzięki – powiedziała Gadi – Nie chciałam przeszkadzać, nie wiedziałam, czy nie jesteś czymś zajęty….
- Wejdź… - Eryk zaczął odzyskiwać głos.
- Nie, dzięki, szukam Albona.... rzekła i cichutko zamknęła drzwi.
Eryk drżącymi rękoma otworzył podniósł książkę i wrócił do lektury.
Za oknem zapadał zmierzch. Kierownicza dłoń, jakby żyjąc własnym życiem, podjęła niepewną wędrówkę w stronę wyłącznika. Nie zdążyła. Światło zabłysło, Eryk podskoczył.
- Alastor! – ryknął (tym razem głos dopisał) Jak mogłeś! Ty mnie do grobu wpędzisz!
- Przepraszam szefie… Drzwi były otwarte, to wszedłem. Byłeś taki zaczytany, nie chciałem przerywać. Ale nie mogłem patrzeć, jak nie możesz znaleźć wyłącznika, pragnąłem pomóc.
- No dobrze, a co Cię sprowadziło?
- W sumie nic… Jakbym powiedział, że szukam Gadi, to wysłałbyś mnie pewnie do Albona, więc sobie po prostu pójdę.  – z tymi słowy zmył się dyskretnie.
Eryk sięgnął po książkę, rozległo się pukanie
- Tak?
Bogusław wsunął głowę
- Nie wiesz….
- U Albona – przerwał Eryk
- Dzięki.
Eryk sięgnął po książkę, rozległo się pukanie
- U Albona!
Mimo to drzwi uchyliły się. Eryk zniecierpliwiony podniósł głowę.
Na środku pokoju stał niewysoki pan w szarym kapeluszu, z wyświechtaną teczką pod pachą.

63

O, to chyba teraz miałem się wystraszyć – pomyślał Eryk, ale irytacja i znużenie wzięły gorę.
Chwilę przyglądał się jegomościowi. Szary kapelusz, szary płaszcz, teczka, która zapomniała o lepszych czasach...
- No i co? To pan jest tym upiorem, który straszy mi ludzi? Kto tu pana wpuścił i dlaczego pan mi się tu szwęda?
- Wypraszam sobie! – warknął przybysz. Jestem tutaj służbowo, w sprawach państwowych, i szukam szefa! A ci pańscy ludzie zamiast wskazać mi drogę, zachowują się niepoważnie. Tak! NIE-PO-WAZ-NIE! Za grosz szacunku!
- Proszę mi tu nie krzyczeć...  szepnął Eryk. Bo ci moi ludzie pokażą panu drogę powrotną tak szybko, że nawet nie zdąży pan schodów zauważyć...
- Przepraszam, ma pan rację. Moje zachowanie nie licuje z godnością urzędnika państwowego. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że jestem w terenie już od 3 tygodni, jestem głodny i spragniony.
Eryk przez moment obserwował dziwoląga. Sięgnął po telefon.
- przyślijcie kogoś z kawą – zaordynował – Nie Konrada!
- Jest pan urzędnikiem państwowym – tak? A jakiego państwa, można wiedzieć?
Człowieczek zmieszał się.
- Tak ogólnie, państwa jako idei... A w ogóle, to przedstawię się – poderwał się z krzesła
- starszy inspektor Estragen Marek, Izba Skarbowa, dział windykacji.
Eryk uśmiechnął się szeroko
- To wy jeszcze istniejecie?
- Oczywiście, że istniejemy! Jakże byśmy mogli nie istnieć. Ustawa, która powołuje do życia urzędy skarbowe i określa zakres ich zadań i kompetencji, nadal obowiązuje. Nikt jej nie unieważnił.
- Bo nie miał kto, skoro wszystko się rozsypało. Nie wystarczy wam zdrowy rozsądek?
- Ustawodawca nie przewidział.
Drzwi otworzyły się, wszedł Boguś z tacą. Drżącymi rękoma postawił wszystko na biurku, patrząc na szarego człowieczka jak na upiora i szybko uciekł w stronę drzwi. Już na progu ruszyło go sumienie i zaryzykował pytanie:
- Wszystko w porządku, Szefie?
- Ależ tak, oczywiście – Eryk uśmiechnął się szeroko.
Bogusław z ulgą zamknął drzwi i poszedł głosić wszem bohaterstwo szefa.
Szary człeczyna tymczasem pożądliwie patrzył na apetycznie zastawioną tacę, szczęka wykonywała nerwowe ruchy przypominające żucie.
Widząc to Eryk skinął zachęcająco
- Proszę się częstować, panie Marku – kawka, ciasteczka...
- Ja... ja tak nie mogę... Ja tu służbowo... Pan do mnie z sercem, panie Dyrektorze.... a ja...
Po zmiętym policzku popłynęła łza.
- No, niechże się pan nie rozkleja. Proszę się częstować.
- Nie mogę! – Urzędnik państwowy zebrał się w sobie.
- Panie Dyrektorze, ma pan kłopoty! Ma pan poważne kłopoty. Takich pan jeszcze nigdy nie miał.
Obaj równocześnie obrócili się w stronę okna, skąd dobiegł dziwny hałas. Ale to tylko kruk, rażony straszną wieścią, straciwszy przytomność, spadł z parapetu.

Dodaj kawałeczek!
© Erboka | Last upgrade 05.04.2007r. Version 1.0 | Code by Harry, design by Eryk